Anna Werblińska odkrywa karty
Jak to możliwe, że ktoś z nieznanym w siatkarskim światku nazwiskiem jest m.in. reprezentantką kraju i jedną z najlepszych w swoim fachu w polskiej lidze? Nic prostszego – wystarczy wyjść za mąż… O sentymencie do Wrocławia, a także słabości do spania oraz zakupów opowiada rodowita świdniczanka Anna Werblińska, bardziej znana pod panieńskim nazwiskiem Barańska.
Na początek rozwikłajmy ostatecznie merytoryczne zamieszanie, które ciągnie się już ładnych kilka miesięcy. Nazwisko, jakie widnieje w dowodzie, to…
ANNA WERBLIŃSKA: - Faktycznie, powstało już kilka teorii i wersji na ten temat. Od czerwca nazwisko już oficjalnie jest tylko jedno członowe. Nie mam już swojego albo inaczej – mam swoje, tylko teraz nieco inne (śmiech). Teraz obowiązuje nazwisko męża. Czyli krótko – Werblińska.
Sprawy formalne załatwione, więc można przejść do przyjemniejszych tematów. Ostatnio zawitała Pani do Wrocławia, pojawiając się na meczu Impelu Gwardii z AZS Białystok.
- Miałam trochę więcej czasu wolnego, który postanowiłam odpowiednio wykorzystać. W sobotę i niedzielę postanowiliśmy odwiedzić siostrę i przyszłego szwagra. Pojawiła się okazja i bardzo chętnie przyjechałam, i dopingowałam drużynę z Wrocławia, a w szczególności siostrę.
Siostra nie przyniosła wstydu?
- Grała bardzo dobrze. Gwardzistki wygrały, a siostra pokazała kawał dobrej siatkówki i zaprezentowała się z pozytywnej strony. Chyba muszę częściej wpadać na mecze Impelu Gwardii (śmiech).
