Cetnarski: W MTV Cribs mnie nie zobaczycie

, wtorek, 5 lipca 2011

Mateusz Cetnarski. Jego dziewczyna jest dziennikarką Orange Sport. Zna doskonale nie tylko kilka języków, ale też futbol. Od nowego sezonu będzie słuchał piłkarskich rad Oresta Lenczyka, który ściągnął go do Śląska. Mai obiecał, że przeczyta autobiografię Pelego po angielsku, a kumplowi, że nauczy się grać na gitarze. Jak sam mówi, na razie zna jednak zbyt mało słówek, a palce go nie niosą. Najważniejsze, żeby we Wrocławiu niosły go nogi, bo ostatniego sezonu, także przez kontuzje, do udanych nie może zaliczyć. Czy sobie poradzi? Przekonajcie się sami…

avatar
Mateusz Cetnarski podczas pierwszego treningu we Wrocławiu (fot. K. Pączkowska)

 

Przyjeżdżasz do klubu, witasz się z nowymi kolegami i trenerem, nagle do szatni wpada prezes Piotr Waśniewski i mówi: Mateusz, zapraszam na rozmowę wychowawczą. Tak wyglądał Twój pierwszy dzień we Wrocławiu?
MATEUSZ CETNARSKI: – Nie zapoznawałem się z większością, ponieważ tych chłopaków znam z wcześniejszych występów. Tak to już jest w tym światku, że kojarzymy się z boiska. Z niektórymi grałem w kadrach młodzieżowych, niektórych kojarzę z rehabilitacji, a innych po prostu z murawy, więc nie musiałem się szczególnie przedstawiać. U prezesa byłem wcześniej, przed treningiem, kiedy przyjechałem z Łodzi, gdzie mieszkałem dotychczas. Zrobiłem, co miałem zrobić i zszedłem do chłopaków. 
Spytałem o prezesa, bo w Śląsku panuje zwyczaj, że dopóki nie ma podpisu na umowie, klub nie chwali się tym w mediach. A informacja o Twoim transferze pojawiła się w piątek. Najpierw powiedział o tym prezes GKS-u Bełchatów Marcina Szymczyk, a później Ty potwierdziłeś w wywiadzie, że na 99,9 procent przeniesiesz się do Wrocławia. 
– Dlatego nie mówiłem, że na 100, tylko na 99,9 procent, ponieważ tego kontraktu jeszcze nie podpisałem. Mówiłem jasno, że kluby się dogadały, ja jestem zdecydowany, wstępne warunki dogadaliśmy i nic się nie zmieniło do dzisiaj (rozmowa przeprowadzona w ub. poniedziałek – przyp. red.). Parafowałem wstępną umowę, a jej dalszą część podpiszę, jak wrócę z Chorwacji.
Co stanęło na przeszkodzie, żebyś już poprzedniej zimy został piłkarzem Śląska?
– To była tylko moja indywidualna decyzja. Wracałem po kontuzji. Drużyna była na piątym miejscu, grałem w niej 3,5 roku, więc chciałem ten sezon dokończyć, dotrwać do czerwca. Choć prezesowi postawiłem sprawę jasno, że chciałbym w czerwcu zmienić otoczenie, ale również dograć do końca sezon w GKS-ie i powalczyć z nim o jak najwyższe cele, bo uważałem, że i dla mnie, i dla tych chłopaków to będzie zakończenie jakiejś misji w Bełchatowie. I tak też zrobiłem. Wielu kibiców Śląska może mieć pretensje, że przychodzę na gotowe. Że Śląsk zdobył wicemistrzostwo Polski, to ja sobie do niego przyszedłem. Chciałem przejść do Śląska, ale pół roku temu uważałem, że powinienem dograć sezon w Bełchatowie. 
Słowo-klucz w przypadku Twojego transferu to Orest Lenczyk?
– Jest oczywiste, że to trener wybiera, z kim chce pracować. To trener Lenczyk powiedział działaczom, że chce mnie ściągnąć. Oni musieli tylko dopełnić formalności, czyli rozmawiać z GKS-em Bełchatów. Gdyby nie trener Lenczyk, to nie wiem, czy działacze lub prezes chcieliby mnie ściągnąć. Praktycznie w każdym klubie jest tak, że to szkoleniowiec sprowadza takich zawodników, jacy mu się podobają.
Na pierwszym treningu spotkałeś jeszcze jednego starego znajomego z Bełchatowa – Dariusza Pietrasiaka, który też dołączył do Śląska. Dzwonił do Ciebie już w piątek?
– Z Darkiem jestem na łączach praktycznie co drugi dzień, ponieważ przyjaźnimy się od czterech lat, odkąd tylko byliśmy w jednej szatni w Bełchatowie. Jak grał w Polonii Warszawa, to często się kontaktowaliśmy. Zresztą, pochodzimy z bliskich sobie miejscowości, ponieważ „Pietras” wychował się jakieś 60 km ode mnie. Jesteśmy dobrymi kumplami. Miło było go dzisiaj spotkać i poćwiczyć w dwójce, jak za dawnych czasów.
Pierwsze, co zrobił, gdy Cię zobaczył, to było pytanie: „Przewróciło ci się już w głowie, czy nie”? Ponoć często Cię wita w ten sposób.
– O dziwo, jeszcze nie (śmiech). Darek już na tyle poukładał wszystko w mojej głowie, że raczej bardzo rzadko, tak mi się wydaje, będzie już tych słów używał. 
Od transferu z Bełchatowa do Śląska może w ogóle przewrócić się w głowie?
– Ja zawsze powtarzam, że gdyby miało mi się przewrócić w głowie, to już dawno by się przewróciło. A na dzień dzisiejszy nie otrzymałem sygnałów od swoich przyjaciół, z którymi się spotykam na co dzień, żeby tak było. Jestem z nimi na dobre i na złe, wciąż trzymam kontakt i zachowuję się tak samo. 
Błażej Augustyn to Twój przyjaciel? Sorry, podsłuchałem waszą rozmowę, kiedy na Ciebie czekałem. Chyba ustawiliście się na spotkanie w Rynku.
– Znam go ze Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Łodzi, gdzie graliśmy razem na środku pomocy i zdobywaliśmy mistrzostwo Polski w wieku 15 lat. Błażej pochodzi ze Strzelina pod Wrocławiem i napisał mi SMS-a, czy już dotarłem do Wrocławia. Umówiliśmy się dziś wieczorem na kolację. Pogadamy, przypomnimy sobie stare czasy, bo ostatni raz widzieliśmy się chyba niecały rok temu, gdy byliśmy na kadrze.
Z Wrocławia jest 70 km do Lubina. Selekcjoner Franciszek Smuda rzeczywiście sugerował Tobie w maju ub. roku, że jeżeli przeniesiesz się do Zagłębia, będziesz miał trochę bliżej do kadry?
– Gdy byłem wtedy na zgrupowaniu, rozmawiałem z trenerem Smudą, gdzie powinienem trafić, żeby było dobrze. Trener tylko podpowiedział, że tam jest ułożony zespół, klub idzie w dobrą stronę, jest nowy stadion i fajni piłkarze. To były podpowiedzi w tym kierunku. Że jeżeli chcę, to mogę śmiało iść do Lubina, bo w klubie jest wszystko OK. Ale wtedy Bełchatów nie zdecydował się mnie puścić. Miałem jeszcze propozycję z Anglii, której klub również nie przyjął. 
W kadrze zaliczyłeś do tej pory dwa występy, choć może to za dużo powiedziane, bo zagrałeś około 20 minut w towarzyskim spotkaniu przeciwko Serbii, a później wszedłeś na boisko w 85. minucie meczu, którego nie chciałbyś chyba pamiętać.
– Dlaczego? Ja ten mecz wspominam, bo była to dobra lekcja. Nie chcę zapominać meczów, które przegrywam, ponieważ trzeba z nich wyciągać wnioski. Ja takie wnioski po meczu z Hiszpanią (przegranym 0:6 – przyp. red.) wyciągnąłem. Mimo iż przebywałem na boisku zaledwie kilka minut, mogłem zobaczyć przyszłych mistrzów świata – jak grają w piłkę, jak znakomicie się ustawiają i jak dobrymi są zawodnikami. 
Z jednym z nich udało Ci się wymienić koszulkami, konkretnie z Gerardem Pique. Byłeś chyba jednym z nielicznych piłkarzy reprezentacji Polski, któremu Hiszpan nie odmówił. Wstydzisz się momentu, kiedy Twoi koledzy z kadry bezskutecznie prosili gospodarzy o koszulki?
– Nie wstydzę się. Wiadomo, że dziennikarze szukali jak najwięcej sensacji z tego 0:6. Gdybym był dziennikarzem, to pewnie też bym tej sensacji szukał. Ale nie podchodziłem do tej sytuacji ze wstydem, prawie się od tego odciąłem. To nie było tak, że ja biegałem za Pique. Odwróciłem się, on szedł w moim kierunku, a że po meczu jest taki zwyczaj, to zdjąłem koszulkę, a on zrobił to samo. Wymieniliśmy się nimi i tyle. Nie miałem zamiaru biegać za którymś z chłopaków i go prosić. Przecież to normalna rzecz, że jeśli ktoś zdejmuje koszulkę i idzie w Twoim kierunku, to chce się tą koszulką zamienić. To była zwykła, naturalna reakcja. Ja mam koszulkę Pique, ale nie wiem, czy Pique ma nadal moją (śmiech). 
Ale po meczu nie było widać w was sportowej złości. Przegraliście 0:6, a gdy się na was patrzyło, to nie było pewności, że za 5 minut wejdziecie do szatni i zrobicie w niej totalny rozpierdziel, taki, że wszystko będzie latało.  
– Ja mogę odpowiadać za siebie. Wszedłem na boisko na 8 minut. Wiadomo, nie byłem w siódmym niebie, że dostałem „szóstkę” od Hiszpanów. Z głową w kolanach zszedłem z boiska, wszedłem do szatni i się nie odzywałem. A co robili inni, to już ich sprawa. Każdy przeżywa porażkę po swojemu. Jeden krzyczy, drugi przeklina, a trzeci rzuca butami o szafkę. Ludzie różnie do tego podchodzą.
W tym roku skończysz 23 lata. Jak się czyta wywiady z Tobą, to można odnieść wrażenie, że w głowie masz poukładane, chcesz ciężko pracować i masz ambicję, żeby zajść wysoko. Nie wkurza Cię zatem, kiedy ktoś nazywa piłkarzy w naszym kraju, którzy są w Twoim wieku, młodymi talentami?
– U nas jest taka tendencja, że nawet o zawodniku w wieku 25 czy 26 lat mówi się, że wciąż jest młodym talentem. Popatrz na inne ligi, lepsze od nas. Tam w dniu, kiedy przekraczasz 20 lat, nie jesteś młodym talentem, tylko uzdolnionym piłkarzem. Wiadomo, że jeszcze trochę czasu musi minąć, aby podobnie było w Polsce. Bo jak wiemy, zawodników na wysoki poziom w wieku 20 lat wchodzi dużo mniej niż w zagranicznych ligach. Jak się robi jakieś klasyfikacje, to nawet 24-latek łapie się do rankingu młodych talentów. To mnie denerwuje, ale najważniejsze jest to, co myślę ja, co myśli trener i chłopaki na boisku. Ludzie dookoła zawsze będą mówić wiele rzeczy, a najważniejsze jest to, co czujesz w sobie. Ja nie czuję, że jestem młodym talentem, tylko chcę już być poukładanym, grającym na niezłym poziomie zawodnikiem.
Często zaglądasz do internetu?
– Na dzień dzisiejszy mój komputer jest rozwalony. Jak już, to podbieram znajomym. Ale jasne, jak każdy normalny człowiek korzystam z internetu w wielu sprawach – osobistych czy medialnych. Lubię surfować po sieci, ale nie jest tak, że siedzę całymi dniami w internecie i czytam wiadomości, czy ktoś czegoś o mnie nie napisał. Skupiam się raczej na rozrywce, czyli muzyce i filmach. Bardziej w tym kierunku.
Pytam, ponieważ jestem ciekaw, czy wiesz, jakie hasła sugeruje Google, kiedy wpiszemy Twoje imię i nazwisko w wyszukiwarce.
– Nie mam pojęcia.
Cytuję po kolei: „Mateusz Cetnarski Maja”, „Mateusz Cetnarski dziewczyna” oraz „Mateusz Cetnarski Maja Strzelczyk”. 
– No miło. Tak, Maja jest moją dziewczyną (śmiech). Co mogę więcej powiedzieć?
Może to dowód, że internauci chętnie zobaczyliby was wspólnie na Pudelku albo w jakimś kolorowym magazynie.
– Maja jest reporterką w jednej ze stacji telewizyjnych, która puszczała nasze mecze w zeszłym sezonie (Orange Sport – przyp. red.). Może dlatego widnieje tam jej nazwisko. Jeżeli jesteś reporterem, przeprowadzasz wywiady z zawodnikami, którzy grają na najwyższym poziomie w polskiej lidze, to normalne, że stajesz się osobą publiczną. I może również dlatego nazwisko Mai pojawia się obok mojego tak wysoko.
W internecie próżno szukać waszych wspólnych zdjęć lub faktów z prywatnego życia. To efekt tego, że nie jesteście jeszcze na tyle rozpoznawalni, żeby ktoś pchał się w nie z butami?
– Każdy ma swoją prywatność, ale nie spotkaliśmy się jeszcze z propozycjami, żebyśmy gdzieś razem występowali. To chyba dobrze. Spędzamy wspólnie dużo czasu. Niekoniecznie musimy pokazywać, jak to robimy. To nasza prywatna sprawa. Akurat nie należymy do ludzi, którzy chętnie by pokazywali, jak gotują w domu albo ścielą łóżko.
Czyli jak zostaniesz gwiazdą, to w MTV Cribs Cię nie zobaczymy.
– MTV? Raczej unikam komercyjnych rzeczy. Jestem bardziej nastawiony na alternatywę.
MySpace wygrywa?
– Ja w ogóle nie mam kont na takich portalach. Założyłem kiedyś na jakimś, ale szybko zlikwidowałem, bo zobaczyłem, że to idzie w zupełnie innym kierunku niż powinno. Mam swoich znajomych, ich numery telefonów i to mi w zupełności wystarcza. Nie muszę się z nimi komunikować przez internet lub przez inne dziwne rzeczy (śmiech). 
A co z zaproszeniami od kibiców i dziennikarzy na facebooku?
– Nie znajdę ich, bo nie mam konta. Jeżeli ktoś będzie chciał przybić mi „piątkę” lub się przywitać, to może przyjść na stadion, na trening. Dla każdego znajdę czas. 
Dziewczyna, która zna się na sporcie, to powód do dumy czy do kłótni po meczu, który Ci nie wyszedł? 
– Dla mnie to jest powód do dumy, bo rzadko można spotkać dziewczynę, która tak bardzo zna się na piłce. Ja się bardzo cieszę, że Maja się nią interesuje. Co prawda ze wskazówkami na meczu jest ciężko, wiadomo, że dostaję je od trenera. Ale przekazuje mi swoje uwagi i propozycje, zawsze rozmawiamy ze sobą. I to jest niezłe.
Na pierwszej randce nie musiałeś jej tłumaczyć, co to jest spalony?
– Nie, ona to bardzo dobrze wiedziała. Zresztą, na pierwszej randce byliśmy na meczu Barcelona – Real, bo jesteśmy kibicami Barcelony. Właściwie to… na tym meczu się poznaliśmy. 
No właśnie, Twoja dziewczyna zna świetnie język hiszpański.
– Hiszpański oraz angielski, a i w kilku innych językach się dogada. Jest bardzo zdolna, dlatego dostała propozycję pracy w telewizji. A o tym, jak potrafi przeprowadzać wywiady i rozmawiać po hiszpańsku, przekonali się zawodnicy, którzy mówią w tym języku. Nawet nowy kolega z drużyny, Cristian Diaz przekonał się, że wywiad z Mają był chyba bardzo przyjemny i profesjonalny.
Ty potrafisz powiedzieć coś w tym języku?
– Nie, z hiszpańskim się nie wychylam. Maja rzuciła kiedyś propozycję, żeby może podszkolić się z podstawowych słów. Ja jak najbardziej wyrażam chęć. Jeśli tylko przyjedzie do mnie w październiku, jeśli uda jej się przenieść do Wrocławia, to na pewno zaczniemy naukę.
A jak się ma Twój angielski? Obiecałeś, że przeczytasz autobiografię Pelego w tym języku, którą dostałeś z takim nakazem od dziewczyny.
– Nie chodzę na żadne prywatne zajęcia. Zostało mi to, co pamiętam ze szkoły. A jak wyjeżdżamy na różne obozy, to staram się rozmawiać z tamtejszymi ludźmi w języku angielskim. Dogadam się, ale nie jestem jakimś płynnie mówiącym po angielsku chłopakiem, bo nie znam na tyle tego języka. Podstawowe słowa i zwroty znam, więc na boisku nie byłoby problemu, żeby porozumieć się z obcokrajowcem. Jednak na razie jest zbyt wiele słów, których muszę się nauczyć, więc książka czeka na półce.
Dostałeś termin z ultimatum?
– Termin był wyznaczony, ale troszeczkę go nadgiąłem i został przedłużony (śmiech).
Została do sprawdzenia jeszcze jedna obietnica. Nauczyłeś się grać na gitarze kawałek „Wonderwall” grupy Oasis?
– Próbowałem wiele razy, ale, niestety, moje palce mnie nie niosą (śmiech). Nie pozwalają, żebym to załapał. Nie wiem, może spróbuję na jakimś innym instrumencie. Na razie zajmuje się słuchaniem muzyki i jeżdżeniem na koncerty.
Muzyka to dla Ciebie sposób na koncentrację przed meczem? 
– Lubię jej słuchać, ona właściwie ciągle jest przy mnie. Wielu zawodników tak ma, że koncentruje się, właśnie słuchając muzyki. Ja nie muszę tego robić, żeby się rozluźnić albo napompować. Uważam jednak, że ludzie nie funkcjonowaliby dobrze bez muzyki, dlatego kiedy tylko mogę, słucham jej niemal wszędzie.
Ile waży w Śląsku nr 10 na koszulce?
– Waży tyle samo, co w każdym innym zespole. Z tym numerem występowałem w GKS-ie Bełchatów i nie sprawiało mi to problemu, dobrze się z nim czułem. Grałem z dziesiątką właściwie od najmłodszych lat i chciałbym ją nosić na koszulce do końca swojej przygody z piłką, Numer 10 jest specyficzny, bo przyjęło się, że bardzo ciężki.
Twoje nogi to wytrzymają?
– Zobaczymy, czy wytrzymają. Mam nadzieję, że nie będzie z tym problemu.
Orest Lenczyk to gwarancja, że będziesz przygotowany fizycznie na 100 procent i ominą Cię kontuzje?
– Znam możliwości trenera Lenczyka, ponieważ pracowałem z nim w Bełchatowie. Jak komuś jest za dużo, komuś za mało, to umie balansować na granicy dobrego przygotowania. Dlatego też tutaj jest. Wiem, jak przygotowuje chłopaków. Wiem również, że jest nie tylko trenerem, ale też dobrym psychologiem. 
Czyli Twoja głowa z „dziesiątką” i presją kibiców, dużo większą niż w Bełchatowie, też sobie poradzi.
– Nie ma innego wyjścia.
Rozmawiał 
ŁUKASZ KMITA

Przyjeżdżasz do klubu, witasz się z nowymi kolegami i trenerem, nagle do szatni wpada prezes Piotr Waśniewski i mówi: Mateusz, zapraszam na rozmowę wychowawczą. Tak wyglądał Twój pierwszy dzień we Wrocławiu?

MATEUSZ CETNARSKI: – Nie zapoznawałem się z większością, ponieważ tych chłopaków znam z wcześniejszych występów. Tak to już jest w tym światku, że kojarzymy się z boiska. Z niektórymi grałem w kadrach młodzieżowych, niektórych kojarzę z rehabilitacji, a innych po prostu z murawy, więc nie musiałem się szczególnie przedstawiać. U prezesa byłem wcześniej, przed treningiem, kiedy przyjechałem z Łodzi, gdzie mieszkałem dotychczas. Zrobiłem, co miałem zrobić i zszedłem do chłopaków.

Spytałem o prezesa, bo w Śląsku panuje zwyczaj, że dopóki nie ma podpisu na umowie, klub nie chwali się tym w mediach. A informacja o Twoim transferze pojawiła się w piątek. Najpierw powiedział o tym prezes GKS-u Bełchatów Marcina Szymczyk, a później Ty potwierdziłeś w wywiadzie, że na 99,9 procent przeniesiesz się do Wrocławia.

– Dlatego nie mówiłem, że na 100, tylko na 99,9 procent, ponieważ tego kontraktu jeszcze nie podpisałem. Mówiłem jasno, że kluby się dogadały, ja jestem zdecydowany, wstępne warunki dogadaliśmy i nic się nie zmieniło do dzisiaj (rozmowa przeprowadzona w ub. poniedziałek – przyp. red.). Parafowałem wstępną umowę, a jej dalszą część podpiszę, jak wrócę z Chorwacji.

Co stanęło na przeszkodzie, żebyś już poprzedniej zimy został piłkarzem Śląska?

– To była tylko moja indywidualna decyzja. Wracałem po kontuzji. Drużyna była na piątym miejscu, grałem w niej 3,5 roku, więc chciałem ten sezon dokończyć, dotrwać do czerwca. Choć prezesowi postawiłem sprawę jasno, że chciałbym w czerwcu zmienić otoczenie, ale również dograć do końca sezon w GKS-ie i powalczyć z nim o jak najwyższe cele, bo uważałem, że i dla mnie, i dla tych chłopaków to będzie zakończenie jakiejś misji w Bełchatowie. I tak też zrobiłem. Wielu kibiców Śląska może mieć pretensje, że przychodzę na gotowe. Że Śląsk zdobył wicemistrzostwo Polski, to ja sobie do niego przyszedłem. Chciałem przejść do Śląska, ale pół roku temu uważałem, że powinienem dograć sezon w Bełchatowie.

Słowo-klucz w przypadku Twojego transferu to Orest Lenczyk?

– Jest oczywiste, że to trener wybiera, z kim chce pracować. To trener Lenczyk powiedział działaczom, że chce mnie ściągnąć. Oni musieli tylko dopełnić formalności, czyli rozmawiać z GKS-em Bełchatów. Gdyby nie trener Lenczyk, to nie wiem, czy działacze lub prezes chcieliby mnie ściągnąć. Praktycznie w każdym klubie jest tak, że to szkoleniowiec sprowadza takich zawodników, jacy mu się podobają.

Na pierwszym treningu spotkałeś jeszcze jednego starego znajomego z Bełchatowa – Dariusza Pietrasiaka, który też dołączył do Śląska. Dzwonił do Ciebie już w piątek?

– Z Darkiem jestem na łączach praktycznie co drugi dzień, ponieważ przyjaźnimy się od czterech lat, odkąd tylko byliśmy w jednej szatni w Bełchatowie. Jak grał w Polonii Warszawa, to często się kontaktowaliśmy. Zresztą, pochodzimy z bliskich sobie miejscowości, ponieważ „Pietras” wychował się jakieś 60 km ode mnie. Jesteśmy dobrymi kumplami. Miło było go dzisiaj spotkać i poćwiczyć w dwójce, jak za dawnych czasów.

Pierwsze, co zrobił, gdy Cię zobaczył, to było pytanie: „Przewróciło ci się już w głowie, czy nie”? Ponoć często Cię wita w ten sposób.

– O dziwo, jeszcze nie (śmiech). Darek już na tyle poukładał wszystko w mojej głowie, że raczej bardzo rzadko, tak mi się wydaje, będzie już tych słów używał.

Od transferu z Bełchatowa do Śląska może w ogóle przewrócić się w głowie?

– Ja zawsze powtarzam, że gdyby miało mi się przewrócić w głowie, to już dawno by się przewróciło. A na dzień dzisiejszy nie otrzymałem sygnałów od swoich przyjaciół, z którymi się spotykam na co dzień, żeby tak było. Jestem z nimi na dobre i na złe, wciąż trzymam kontakt i zachowuję się tak samo.

Błażej Augustyn to Twój przyjaciel? Sorry, podsłuchałem waszą rozmowę, kiedy na Ciebie czekałem. Chyba ustawiliście się na spotkanie w Rynku.

– Znam go ze Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Łodzi, gdzie graliśmy razem na środku pomocy i zdobywaliśmy mistrzostwo Polski w wieku 15 lat. Błażej pochodzi ze Strzelina pod Wrocławiem i napisał mi SMS-a, czy już dotarłem do Wrocławia. Umówiliśmy się dziś wieczorem na kolację. Pogadamy, przypomnimy sobie stare czasy, bo ostatni raz widzieliśmy się chyba niecały rok temu, gdy byliśmy na kadrze.

Z Wrocławia jest 70 km do Lubina. Selekcjoner Franciszek Smuda rzeczywiście sugerował Tobie w maju ub. roku, że jeżeli przeniesiesz się do Zagłębia, będziesz miał trochę bliżej do kadry?

– Gdy byłem wtedy na zgrupowaniu, rozmawiałem z trenerem Smudą, gdzie powinienem trafić, żeby było dobrze. Trener tylko podpowiedział, że tam jest ułożony zespół, klub idzie w dobrą stronę, jest nowy stadion i fajni piłkarze. To były podpowiedzi w tym kierunku. Że jeżeli chcę, to mogę śmiało iść do Lubina, bo w klubie jest wszystko OK. Ale wtedy Bełchatów nie zdecydował się mnie puścić. Miałem jeszcze propozycję z Anglii, której klub również nie przyjął.

W kadrze zaliczyłeś do tej pory dwa występy, choć może to za dużo powiedziane, bo zagrałeś około 20 minut w towarzyskim spotkaniu przeciwko Serbii, a później wszedłeś na boisko w 85. minucie meczu, którego nie chciałbyś chyba pamiętać.

– Dlaczego? Ja ten mecz wspominam, bo była to dobra lekcja. Nie chcę zapominać meczów, które przegrywam, ponieważ trzeba z nich wyciągać wnioski. Ja takie wnioski po meczu z Hiszpanią (przegranym 0:6 – przyp. red.) wyciągnąłem. Mimo iż przebywałem na boisku zaledwie kilka minut, mogłem zobaczyć przyszłych mistrzów świata – jak grają w piłkę, jak znakomicie się ustawiają i jak dobrymi są zawodnikami.

Z jednym z nich udało Ci się wymienić koszulkami, konkretnie z Gerardem Pique. Byłeś chyba jednym z nielicznych piłkarzy reprezentacji Polski, któremu Hiszpan nie odmówił. Wstydzisz się momentu, kiedy Twoi koledzy z kadry bezskutecznie prosili gospodarzy o koszulki?

– Nie wstydzę się. Wiadomo, że dziennikarze szukali jak najwięcej sensacji z tego 0:6. Gdybym był dziennikarzem, to pewnie też bym tej sensacji szukał. Ale nie podchodziłem do tej sytuacji ze wstydem, prawie się od tego odciąłem. To nie było tak, że ja biegałem za Pique. Odwróciłem się, on szedł w moim kierunku, a że po meczu jest taki zwyczaj, to zdjąłem koszulkę, a on zrobił to samo. Wymieniliśmy się nimi i tyle. Nie miałem zamiaru biegać za którymś z chłopaków i go prosić. Przecież to normalna rzecz, że jeśli ktoś zdejmuje koszulkę i idzie w Twoim kierunku, to chce się tą koszulką zamienić. To była zwykła, naturalna reakcja. Ja mam koszulkę Pique, ale nie wiem, czy Pique ma nadal moją (śmiech).

Ale po meczu nie było widać w was sportowej złości. Przegraliście 0:6, a gdy się na was patrzyło, to nie było pewności, że za 5 minut wejdziecie do szatni i zrobicie w niej totalny rozpierdziel, taki, że wszystko będzie latało. 

– Ja mogę odpowiadać za siebie. Wszedłem na boisko na 8 minut. Wiadomo, nie byłem w siódmym niebie, że dostałem „szóstkę” od Hiszpanów. Z głową w kolanach zszedłem z boiska, wszedłem do szatni i się nie odzywałem. A co robili inni, to już ich sprawa. Każdy przeżywa porażkę po swojemu. Jeden krzyczy, drugi przeklina, a trzeci rzuca butami o szafkę. Ludzie różnie do tego podchodzą.

W tym roku skończysz 23 lata. Jak się czyta wywiady z Tobą, to można odnieść wrażenie, że w głowie masz poukładane, chcesz ciężko pracować i masz ambicję, żeby zajść wysoko. Nie wkurza Cię zatem, kiedy ktoś nazywa piłkarzy w naszym kraju, którzy są w Twoim wieku, młodymi talentami?

– U nas jest taka tendencja, że nawet o zawodniku w wieku 25 czy 26 lat mówi się, że wciąż jest młodym talentem. Popatrz na inne ligi, lepsze od nas. Tam w dniu, kiedy przekraczasz 20 lat, nie jesteś młodym talentem, tylko uzdolnionym piłkarzem. Wiadomo, że jeszcze trochę czasu musi minąć, aby podobnie było w Polsce. Bo jak wiemy, zawodników na wysoki poziom w wieku 20 lat wchodzi dużo mniej niż w zagranicznych ligach. Jak się robi jakieś klasyfikacje, to nawet 24-latek łapie się do rankingu młodych talentów. To mnie denerwuje, ale najważniejsze jest to, co myślę ja, co myśli trener i chłopaki na boisku. Ludzie dookoła zawsze będą mówić wiele rzeczy, a najważniejsze jest to, co czujesz w sobie. Ja nie czuję, że jestem młodym talentem, tylko chcę już być poukładanym, grającym na niezłym poziomie zawodnikiem.

Często zaglądasz do internetu?

– Na dzień dzisiejszy mój komputer jest rozwalony. Jak już, to podbieram znajomym. Ale jasne, jak każdy normalny człowiek korzystam z internetu w wielu sprawach – osobistych czy medialnych. Lubię surfować po sieci, ale nie jest tak, że siedzę całymi dniami w internecie i czytam wiadomości, czy ktoś czegoś o mnie nie napisał. Skupiam się raczej na rozrywce, czyli muzyce i filmach. Bardziej w tym kierunku.

Pytam, ponieważ jestem ciekaw, czy wiesz, jakie hasła sugeruje Google, kiedy wpiszemy Twoje imię i nazwisko w wyszukiwarce.

– Nie mam pojęcia.

Cytuję po kolei: „Mateusz Cetnarski Maja”, „Mateusz Cetnarski dziewczyna” oraz „Mateusz Cetnarski Maja Strzelczyk”.

– No miło. Tak, Maja jest moją dziewczyną (śmiech). Co mogę więcej powiedzieć?

Może to dowód, że internauci chętnie zobaczyliby was wspólnie na Pudelku albo w jakimś kolorowym magazynie.

– Maja jest reporterką w jednej ze stacji telewizyjnych, która puszczała nasze mecze w zeszłym sezonie (Orange Sport – przyp. red.). Może dlatego widnieje tam jej nazwisko. Jeżeli jesteś reporterem, przeprowadzasz wywiady z zawodnikami, którzy grają na najwyższym poziomie w polskiej lidze, to normalne, że stajesz się osobą publiczną. I może również dlatego nazwisko Mai pojawia się obok mojego tak wysoko.

W internecie próżno szukać waszych wspólnych zdjęć lub faktów z prywatnego życia. To efekt tego, że nie jesteście jeszcze na tyle rozpoznawalni, żeby ktoś pchał się w nie z butami?

– Każdy ma swoją prywatność, ale nie spotkaliśmy się jeszcze z propozycjami, żebyśmy gdzieś razem występowali. To chyba dobrze. Spędzamy wspólnie dużo czasu. Niekoniecznie musimy pokazywać, jak to robimy. To nasza prywatna sprawa. Akurat nie należymy do ludzi, którzy chętnie by pokazywali, jak gotują w domu albo ścielą łóżko.

Czyli jak zostaniesz gwiazdą, to w MTV Cribs Cię nie zobaczymy.

– MTV? Raczej unikam komercyjnych rzeczy. Jestem bardziej nastawiony na alternatywę.

MySpace wygrywa?

– Ja w ogóle nie mam kont na takich portalach. Założyłem kiedyś na jakimś, ale szybko zlikwidowałem, bo zobaczyłem, że to idzie w zupełnie innym kierunku niż powinno. Mam swoich znajomych, ich numery telefonów i to mi w zupełności wystarcza. Nie muszę się z nimi komunikować przez internet lub przez inne dziwne rzeczy (śmiech).

A co z zaproszeniami od kibiców i dziennikarzy na Facebooku?

– Nie znajdę ich, bo nie mam konta. Jeżeli ktoś będzie chciał przybić mi „piątkę” lub się przywitać, to może przyjść na stadion, na trening. Dla każdego znajdę czas.

Dziewczyna, która zna się na sporcie, to powód do dumy czy do kłótni po meczu, który Ci nie wyszedł?

– Dla mnie to jest powód do dumy, bo rzadko można spotkać dziewczynę, która tak bardzo zna się na piłce. Ja się bardzo cieszę, że Maja się nią interesuje. Co prawda ze wskazówkami na meczu jest ciężko, wiadomo, że dostaję je od trenera. Ale przekazuje mi swoje uwagi i propozycje, zawsze rozmawiamy ze sobą. I to jest niezłe.

Na pierwszej randce nie musiałeś jej tłumaczyć, co to jest spalony?

– Nie, ona to bardzo dobrze wiedziała. Zresztą, na pierwszej randce byliśmy na meczu Barcelona – Real, bo jesteśmy kibicami Barcelony. Właściwie to… na tym meczu się poznaliśmy.

No właśnie, Twoja dziewczyna zna świetnie język hiszpański.

– Hiszpański oraz angielski, a i w kilku innych językach się dogada. Jest bardzo zdolna, dlatego dostała propozycję pracy w telewizji. A o tym, jak potrafi przeprowadzać wywiady i rozmawiać po hiszpańsku, przekonali się zawodnicy, którzy mówią w tym języku. Nawet nowy kolega z drużyny, Cristian Diaz, przekonał się, że wywiad z Mają był chyba bardzo przyjemny i profesjonalny.

Ty potrafisz powiedzieć coś w tym języku?

– Nie, z hiszpańskim się nie wychylam. Maja rzuciła kiedyś propozycję, żeby może podszkolić się z podstawowych słów. Ja jak najbardziej wyrażam chęć. Jeśli tylko przyjedzie do mnie w październiku, jeśli uda jej się przenieść do Wrocławia, to na pewno zaczniemy naukę.

A jak się ma Twój angielski? Obiecałeś, że przeczytasz autobiografię Pelego w tym języku, którą dostałeś z takim nakazem od dziewczyny.

– Nie chodzę na żadne prywatne zajęcia. Zostało mi to, co pamiętam ze szkoły. A jak wyjeżdżamy na różne obozy, to staram się rozmawiać z tamtejszymi ludźmi w języku angielskim. Dogadam się, ale nie jestem jakimś płynnie mówiącym po angielsku chłopakiem, bo nie znam na tyle tego języka. Podstawowe słowa i zwroty znam, więc na boisku nie byłoby problemu, żeby porozumieć się z obcokrajowcem. Jednak na razie jest zbyt wiele słów, których muszę się nauczyć, więc książka czeka na półce.

Dostałeś termin z ultimatum?

– Termin był wyznaczony, ale troszeczkę go nadgiąłem i został przedłużony (śmiech).

Została do spełnienia jeszcze jedna obietnica. Nauczyłeś się grać na gitarze kawałek „Wonderwall” grupy Oasis?

– Próbowałem wiele razy, ale, niestety, moje palce mnie nie niosą (śmiech). Nie pozwalają, żebym to załapał. Nie wiem, może spróbuję na jakimś innym instrumencie. Na razie zajmuje się słuchaniem muzyki i jeżdżeniem na koncerty.

Muzyka to dla Ciebie sposób na koncentrację przed meczem?

– Lubię jej słuchać, ona właściwie ciągle jest przy mnie. Wielu zawodników tak ma, że koncentruje się, słuchając muzyki. Ja nie muszę tego robić, żeby się rozluźnić albo napompować. Uważam jednak, że ludzie nie funkcjonowaliby dobrze bez muzyki, dlatego kiedy tylko mogę, słucham jej niemal wszędzie.

Ile waży w Śląsku nr 10 na koszulce?

– Waży tyle samo, co w każdym innym zespole. Z tym numerem występowałem w GKS-ie Bełchatów i nie sprawiało mi to problemu, dobrze się z nim czułem. Grałem z dziesiątką właściwie od najmłodszych lat i chciałbym ją nosić na koszulce do końca swojej przygody z piłką, Numer 10 jest specyficzny, bo przyjęło się, że bardzo ciężki.

Twoje nogi to wytrzymają?

– Zobaczymy, czy wytrzymają. Mam nadzieję, że nie będzie z tym problemu.

Orest Lenczyk to gwarancja, że będziesz przygotowany fizycznie na 100 procent i ominą Cię kontuzje?

– Znam możliwości trenera Lenczyka, ponieważ pracowałem z nim w Bełchatowie. Jak komuś jest za dużo, komuś za mało, to umie balansować na granicy dobrego przygotowania. Dlatego też tutaj jest. Wiem, jak przygotowuje chłopaków. Wiem również, że jest nie tylko dobrym trenerem, ale też psychologiem.  

Czyli Twoja głowa z „dziesiątką” i presją kibiców, dużo większą niż w Bełchatowie, też sobie poradzi.

– Nie ma innego wyjścia.

Rozmawiał

ŁUKASZ KMITA

*****

NA SKRÓTY:

Maja nie trenuje ze mną wywiadów. Nie musi tego robić, bo jest na tyle uzdolnioną, kilkujęzyczną dziennikarką, że spokojnie sobie radzi.

Zanim zacząłem grać w ekstraklasie i zarabiać poważne pieniądze, powiedziałem sobie, że jeśli tylko będzie mnie stać, całą playlistę ze swojego WinAmpa skolekcjonuję na płytach. A było tam ponad 1000 utworów. Do pełni szczęścia brakuje mi jakiejś 1/3, ale to są unikatowe płyty wydane za granicą kilka lub kilkanaście lat temu, które u nas czasami wchodzą dopiero na rynek. 

Wydaje mi się, że im wyższa liga, tym większa tolerancja dla człowieka. Kiedy miałem 18 lat i trafiłem do Bełchatowa, wszedłem do szatni w typowych dla siebie ciuchach. Miałem trampki, rurki i szarą bluzę z kapturem. W pewnym momencie zrobiło się cicho, ale nikt ze starszyzny nie wstał i nie powiedział: "Młody, przebierz się, jutro widzę cię w butach z Dolce & Gabbana".


źródło: własne




E-Wydanie:
KUP PDF
Koszt SMS
2 zł netto
(2,46 zł z VAT)
Najbliższe wydarzenia
brak informacji
Livebox - Relacje na żywo
Brak planowanych Relacji Live, zobacz archiwum.