Dariusz Juzyszyn – sportowiec na szklanym ekranie (cz. 2)

, wtorek, 7 stycznia 2014

Zdobył 9 tytułów mistrza Polski w rzucie dyskiem. Przez 21 lat należał do niego rekord kraju. Pobił go dopiero Piotr Małachowski. Wrocławianin Dariusz Juzyszyn, bo o nim mowa, doskonale radził sobie nie tylko w sporcie. Od lat kilku lat możemy oglądać go w największych polskich produkcjach filmowych. Za scenariusz filmu mógłby zresztą posłużyć jego życiorys.

avatar
Dariusz Juzyszyn wiele lat po zakończeniu kariery sportowej utrzymuje formę

Po zakończeniu kariery dyskobola prowadził Pan reprezentację Danii. Później prowadził Pan kantor, który zamknął w obawie przed napaścią. Nie stracił Pan jednak przedsiębiorczości?
DARIUSZ JUZYSZYN:
– Po zamknięciu kantoru usiłowałem robić interesy z Ukrainą. Miałem tam kolegę z czasów wspólnych startów. Jak w Kijowie brakowało kawy, to wysyłałem tam tira kawy. Jak brakowało butów męskich, to z Polski wyjeżdżał tir z obuwiem. Z kolei w drugą stronę woziliśmy wszystko, co dało się sprzedać w Polsce. Były zyski i interes wydawał się strzałem w dziesiątkę. Niestety, po roku okazało się, że moje zarobki przestają do mnie spływać. Ukraińscy wspólnicy przestali odpowiadać na moje telefony, musiałem więc wsiąść w pociąg i ich odnaleźć. Musiałem przemierzyć szlak z Wrocławia do Kijowa kilka razy nim ich odnalazłem. Przy okazji narodził się mój kolejny fach, bo przed każdym wyjazdem zwracała się do mnie jakaś firma, która również miała do odzyskania pieniądze na wschodzie i prosiła mnie o pomoc. Tym sposobem odzyskałem na Ukrainie kilka długów, wszystkie oprócz swojego. Idąc na spotkanie ze swoimi dłużnikami, zostałem napadnięty w bramie pewnej, eleganckiej zresztą, kamienicy. Obudziłem się dopiero w szpitalu, do dziś mam na głowie bliznę. Lekarz powiedział mi, że ten, który walił w łeb, był przekonany, że mnie zabił. Dzięki Bogu mam bardzo twardą czaszkę.
I dalej ściągał Pan długi?

– Zrozumiałem informację, od moich ukraińskich dłużników i przestałem tam jeździć. Ale ze ściągania długów się nie wycofałem. Kontynuowałem to w kraju. Zajmowałem się tym blisko 10 lat. Oczywiście nie tak, jak to wygląda na filmach – to jest w ogóle niemożliwe. Zajmowałem się ściąganiem należności między firmami, zazwyczaj między dużymi firmami, gdzie wywożenie dyrektora finansowego czy głównej księgowej w bagażniku do lasu nie miałoby żadnego sensu (śmiech).
Ale chyba zdaje Pan sobie sprawę, że można się Pana przestraszyć?
– Na poziomie psychologicznym pewnie miało to jakieś znaczenie dla mojej skuteczności. Wchodzi do gabinetu wielki, ubrany na czarno facet, groźnie wygląda. Ale dalej nie miało to już żadnego przełożenia. To była praca twórcza. I strasznie ją lubiłem. Musiałem wymyślić sposób tam, gdzie wydawało się, że nie ma żadnego sposobu. To były takie sytuacje, w których przede mną próbowało się już dogadać wiele osób, jeden dyrektor z drugim, prawnicy... Bez efektów. Wtedy ja wkraczałem do akcji i na dzień dobry słyszałem: – Nie ma! A wtedy mówiłem:– Doskonale. A teraz usiądźmy i zastanówmy się, co zrobić, żeby było. Miałem talent do tej roboty i dar przekonywania, zazwyczaj udawało mi się przekonać obie strony, aby spotkały się gdzieś pośrodku całego problemu. Ta praca miała dla mnie tylko jeden minus: musiałem bez przerwy jeździć po kraju. Dni spędzałem w samochodzie, a noce w hotelach. Póki byłem młody, to mi się podobało, ale do czasu...
I dzisiaj żyje Pan z aktorstwa...
– Nie. Granie w filmach i serialach to dla mnie przede wszystkim pasja i dobra zabawa. Na życie zarabiam dzięki automatom z kawą, które dzięki wieloletniemu doświadczeniu udało mi się porozstawiać w najlepszych miejscach w mieście.
A rzuca Pan jeszcze dyskiem?
– Strasznie to lubię, ale w tej chwili już tego nie robię. Przede wszystkim ze względów zdrowotnych, o których wcześniej wspomniałem. Przy rzucie dyskiem jest bardzo duże obciążenie w stawie biodrowym. A to jest część mojego ciała, która była już bardzo wyeksploatowana. W związku z tym musiałem ją wymienić na metalową. I nie chcę jej porysować (śmiech).
Ale po zakończeniu kariery wielokrotnie wracałem do koła. W 1995 roku, sześć lat po zakończeniu kariery sportowej, pojechałem obejrzeć zmagania moich kolegów na mistrzostwach Polski w Warszawie. A ponieważ była piękna pogoda, pomyślałem, że pożyczę buty i strój, i porzucam sobie z nimi dla zabawy. Wystartowałem bez żadnego przygotowania. Skończyło się na tym, że zdobyłem tytuł mistrza Polski. Tak mi się to spodobało, że jeszcze w 1996 roku zostałem wicemistrzem Polski w Pile, a dwa lata później zdecydowałem się na jeszcze jeden start, bo mistrzostwa odbywały się we Wrocławiu. Nigdy wcześniej, przynajmniej za mojego życia, ta impreza nie odbywała się w moim rodzinnym mieście, pomyślałem więc, że to doskonała okazja, aby definitywnie pożegnać się ze sportem. Ten ostatni start, w dziewięć lat po zakończeniu kariery sportowej, przypieczętowałem brązowym medalem.


źródło: brak danych


Proste pytanie: 2 + 0 =


Komentarze:
  • nickname:
    12 dni temu
E-Wydanie:
KUP PDF
Koszt SMS
3 zł netto
(3,69 zł z VAT)
Najbliższe wydarzenia
brak informacji
Livebox - Relacje na żywo
Brak planowanych Relacji Live, zobacz archiwum.