Dariusz Juzyszyn – sportowiec na szklanym ekranie (cz. 2)

Zdobył 9 tytułów mistrza Polski w rzucie dyskiem. Przez 21 lat należał do niego rekord kraju. Pobił go dopiero Piotr Małachowski. Wrocławianin Dariusz Juzyszyn, bo o nim mowa, doskonale radził sobie nie tylko w sporcie. Od lat kilku lat możemy oglądać go w największych polskich produkcjach filmowych. Za scenariusz filmu mógłby zresztą posłużyć jego życiorys.

Po zakończeniu kariery dyskobola prowadził Pan reprezentację Danii. Później prowadził Pan kantor, który zamknął w obawie przed napaścią. Nie stracił Pan jednak przedsiębiorczości?

DARIUSZ JUZYSZYN: – Po zamknięciu kantoru usiłowałem robić interesy z Ukrainą. Miałem tam kolegę z czasów wspólnych startów. Jak w Kijowie brakowało kawy, to wysyłałem tam tira kawy. Jak brakowało butów męskich, to z Polski wyjeżdżał tir z obuwiem. Z kolei w drugą stronę woziliśmy wszystko, co dało się sprzedać w Polsce. Były zyski i interes wydawał się strzałem w dziesiątkę. Niestety, po roku okazało się, że moje zarobki przestają do mnie spływać. Ukraińscy wspólnicy przestali odpowiadać na moje telefony, musiałem więc wsiąść w pociąg i ich odnaleźć. Musiałem przemierzyć szlak z Wrocławia do Kijowa kilka razy nim ich odnalazłem. Przy okazji narodził się mój kolejny fach, bo przed każdym wyjazdem zwracała się do mnie jakaś firma, która również miała do odzyskania pieniądze na wschodzie i prosiła mnie o pomoc. Tym sposobem odzyskałem na Ukrainie kilka długów, wszystkie oprócz swojego. Idąc na spotkanie ze swoimi dłużnikami, zostałem napadnięty w bramie pewnej, eleganckiej zresztą, kamienicy. Obudziłem się dopiero w szpitalu, do dziś mam na głowie bliznę. Lekarz powiedział mi, że ten, który walił w łeb, był przekonany, że mnie zabił. Dzięki Bogu mam bardzo twardą czaszkę.

I dalej ściągał Pan długi?

– Zrozumiałem informację, od moich ukraińskich dłużników i przestałem tam jeździć. Ale ze ściągania długów się nie wycofałem. Kontynuowałem to w kraju. Zajmowałem się tym blisko 10 lat. Oczywiście nie tak, jak to wygląda na filmach – to jest w ogóle niemożliwe. Zajmowałem się ściąganiem należności między firmami, zazwyczaj między dużymi firmami, gdzie wywożenie dyrektora finansowego czy głównej księgowej w bagażniku do lasu nie miałoby żadnego sensu (śmiech).

Ale chyba zdaje Pan sobie sprawę, że można się Pana przestraszyć?

– Na poziomie psychologicznym pewnie miało to jakieś znaczenie dla mojej skuteczności. Wchodzi do gabinetu wielki, ubrany na czarno facet, groźnie wygląda. Ale dalej nie miało to już żadnego przełożenia. To była praca twórcza. I strasznie ją lubiłem. Musiałem wymyślić sposób tam, gdzie wydawało się, że nie ma żadnego sposobu. To były takie sytuacje, w których przede mną próbowało się już dogadać wiele osób, jeden dyrektor z drugim, prawnicy... Bez efektów. Wtedy ja wkraczałem do akcji i na dzień dobry słyszałem: – Nie ma! A wtedy mówiłem:– Doskonale. A teraz usiądźmy i zastanówmy się, co zrobić, żeby było. Miałem talent do tej roboty i dar przekonywania, zazwyczaj udawało mi się przekonać obie strony, aby spotkały się gdzieś pośrodku całego problemu. Ta praca miała dla mnie tylko jeden minus: musiałem bez przerwy jeździć po kraju. Dni spędzałem w samochodzie, a noce w hotelach. Póki byłem młody, to mi się podobało, ale do czasu...

I dzisiaj żyje Pan z aktorstwa...

– Nie. Granie w filmach i serialach to dla mnie przede wszystkim pasja i dobra zabawa. Na życie zarabiam dzięki automatom z kawą, które dzięki wieloletniemu doświadczeniu udało mi się porozstawiać w najlepszych miejscach w mieście.

A rzuca Pan jeszcze dyskiem?

– Strasznie to lubię, ale w tej chwili już tego nie robię. Przede wszystkim ze względów zdrowotnych, o których wcześniej wspomniałem. Przy rzucie dyskiem jest bardzo duże obciążenie w stawie biodrowym. A to jest część mojego ciała, która była już bardzo wyeksploatowana. W związku z tym musiałem ją wymienić na metalową. I nie chcę jej porysować (śmiech).

Ale po zakończeniu kariery wielokrotnie wracałem do koła. W 1995 roku, sześć lat po zakończeniu kariery sportowej, pojechałem obejrzeć zmagania moich kolegów na mistrzostwach Polski w Warszawie. A ponieważ była piękna pogoda, pomyślałem, że pożyczę buty i strój, i porzucam sobie z nimi dla zabawy. Wystartowałem bez żadnego przygotowania. Skończyło się na tym, że zdobyłem tytuł mistrza Polski. Tak mi się to spodobało, że jeszcze w 1996 roku zostałem wicemistrzem Polski w Pile, a dwa lata później zdecydowałem się na jeszcze jeden start, bo mistrzostwa odbywały się we Wrocławiu. Nigdy wcześniej, przynajmniej za mojego życia, ta impreza nie odbywała się w moim rodzinnym mieście, pomyślałem więc, że to doskonała okazja, aby definitywnie pożegnać się ze sportem. Ten ostatni start, w dziewięć lat po zakończeniu kariery sportowej, przypieczętowałem brązowym medalem.


Interesuje się Pan jeszcze tym, co dzieje się w środowisku sportowym?

– Wiem, co się dzieje. Po tylu latach startów człowiek jest jednak wyczulony na te rzeczy. Zaglądam czasami do internetu, żeby zobaczyć, jakie były wyniki, interesuje mnie Piotr Małachowski. Jak są ważne zawody w telewizji, to też oglądam je z przyjemnością.

Zazdrości Pan Małachowskiemu?

– Zazdrość to jest złe słowo. Podziwiam go i bardzo się cieszę, że to właśnie ktoś taki pobił mój wieloletni rekord Polski. Że zrobił to jakiś poważny zawodnik, jeden z najlepszych na świecie, a nie jakiś przypadkowy, bohater jednej imprezy. Chociaż może jednej rzeczy Piotrowi Małachowskiemu zazdroszczę, że ma dostęp do takiej wiedzy psychologicznej, która mi była zupełnie obca. W latach 80. nikomu nie przyszło do głowy, że ja jako zawodnik mogę mieć jakiekolwiek problemy natury psychicznej. Chociaż też byliśmy badani i testowani pod tym kątem, to sprawdzano u nas zupełnie nie to co trzeba. I dlatego wtedy wychodziło, że wszystko jest OK. Tego mu zazdroszczę, bo wiem, że gdybym zdobył taką wiedzę, jaką zdobyłem już po zakończeniu kariery sportowej, to osiągnąłbym o wiele więcej. Przecież nas uczono wówczas zupełnie nie tego, co trzeba. Wręcz odwrotnie. Dzisiaj zawodnicy sami mają sobie powtarzać: – Jesteś najlepszy, jesteś wspaniały, jesteś boski! Mnie trener uczył, że mam być skromny, że jak mi coś nie wyszło, to nie sędzia, nie deszcz, tylko ja byłem dupa, a nie zawodnik. Tak mnie uczono i tak uważałem. W tym samym czasie moich rywali z USA przekonywano, że są najlepsi, a jak coś im nie wyszło, to widocznie koło było źle wymalowane, albo zaszła jakaś inna niezależna od nich okoliczność.

Dlaczego nie udziela się Pan już w środowisku sportowym…

– Kiedyś to była moja pasja i całe moje życie. I bardzo żałowałem, że nie mogę się tym dalej zajmować. Gdyby w tamtych czasach w Polsce płacono trenerom na tyle dobrze, aby można było z tego utrzymać rodzinę, żonę i dwójkę dzieci, to pewnie bym się tym zajmował. Musiałbym być skrajnym egoistą, aby jednak zająć się trenerką i tym samym skazać moich najbliższych na życie w nędzy. Ale, nie chwaląc się, znałem się na tym fachu dobrze. Natomiast dzisiaj temat jest już zupełnie inny. Świat się zmienia, mi też wiele rzeczy dotyczących treningu wyleciało z głowy. 20 lat temu z pewnością mógłbym być trenerem, i to bardzo dobrym – jak sądzę.

Gdy pracowałem jako trener klubowy w Danii po trzech miesiącach pracy dla klubu, zaproponowano mi prowadzenie tamtejszej kadry. A z czasem pojawił się też temat prowadzenia kadry Szwecji, bo Szwedzi przyjeżdżali przyglądać się jak pracujemy.

Nadawałem się to tego zajęcia. Jeszcze w czasach, kiedy byłem zawodnikiem, podchodziłem do zagadnień treningowych bardzo analitycznie, podglądałem, co robią inni trenerzy i zawodnicy. Miałem przyjemność jeździć na obozy po całym świecie, trenowałem z Amerykanami, Rosjanami, Bułgarami, Niemcami, Węgrami, Czechami. Były na przykład takie wspaniałe obozy w Gruzji, wówczas jeszcze w ZSRR, gdzie zjeżdżała cała Europa Wschodnia, a więc jednocześnie światowa czołówka. Wiele się tam nauczyłem i nie ukrywam, że później miałem wielki żal, że nie udało mi się spożytkować tej wiedzy.

W Dani pracował Pan przez rok. Były z tej pracy jakieś wymierne efekty?

– Oczywiście był zauważalny progres sportowy. Ale większość czasu przepracowanego w tym kraju zeszła mi na porządkowaniu całego systemu szkoleniowego Duńczyków. W tamtych czasach polska myśl szkoleniowa w kwestii rzutu dyskiem była na średnim poziomie, natomiast w Danii ta wiedza była żenująco mała. I nie było wielką filozofią nauczenie duńskich dyskoboli czegoś nowego. Podstawowym problemem było jednak przełamanie ich mentalności. Duńczycy w sumie słabo nadają się do sportu. Wynika to z ich bardzo wysokiego poczucia własnej wartości. Już od najmłodszych lat są oni tak wychowywani, aby każdy mógł zbudować maksymalne poczucie własnej wartości. W szkołach nie wolno pytać dzieci publicznie, aby uczeń, który czegoś nie wie, nie mógł poczuć się gorszy od innych. Dlatego robi się wyłącznie kartkówki. Oczywiście stopni też nie wolno podawać publicznie. W sporcie działa to tak samo. Z ich perspektywy wszyscy powinni dostawać takie same medale. Dlatego ucieka się od rywalizacji w sposób wręcz chorobliwy, a przeciętny Duńczyk jest bardzo słabym materiałem na sportowca. Duńczycy traktują sport przede wszystkim jako zabawę. Po prostu uprawiają go dlatego, że sprawia im to przyjemność.


Jakiś przykład?

– Jedna z moich zawodniczek była na dobrej drodze do pobicia rekordu kraju. W pierwszym rzucie zabrakło jej centymetra do najlepszego wyniku. Następny rzut spaliła, ale byłem pewien, że jednak da radę i w kolejnym rzucie osiągnie ten sukces. Podszedłem do niej, instrukcjami, jak tym razem powinna ustawić się w kole, tymczasem ona poinformowała mnie, że... idzie biegać płotki. Natychmiast pobiegłem do szefa klubu, poprosić, żeby nie kazał tej zawodniczce biegać, bo mamy inny cel i rekord Danii jest na wyciągnięcie ręki. Szef spojrzał na mnie ze zdziwieniem i odparł, że niczego jej nie kazał, że ona robi co chce. I widocznie idzie biegać, bo lubi. Poszła więc na bieżnię, zajęła siódme miejsce, bo przecież była miotaczką i nie miała szczególnych predyspozycji szybkościowych, po czym wróciła do koła i... nie pobiła rekordu, bo była już zmęczona.

Niemal przez dwie dekady był Pan najlepszym polskim dyskobolem. Zastanawiam się tylko dlaczego nigdy nie wystartował Pan na igrzyskach olimpijskich.

– Myślę, że przyczyną był nie tyle brak formy fizycznej, co raczej bariery psychiczne i niskie poczucie własnej wartości.. Jako młody chłopak miałem potworne bariery psychiczne i mentalne. Dopiero kiedy zakończyłem karierę, wraz ze zmianą ustroju pojawiły się w Polsce mądre książki, które powinienem był przeczytać o wiele wcześniej. Myślę, że z tą wiedzą, którą mam dzisiaj, moja kariera wyglądałaby zupełnie inaczej. I być może pojechałbym także na igrzyska. Dziś wiem, że mogę osiągnąć w życiu tyle, na ile sam sobie pozwolę. Natomiast kiedyś czułem się gorszy od innych i wokół zawsze widziałem ludzi lepszych od siebie i bardziej wartościowych.

Ale przecież zdobywał Pan kolejne mistrzostwa Polski. Niczego to nie zmieniało?

– Dzięki tym tytułom czułem się doskonale. Ale tylko w kraju. Niestety, wielki świat kompletnie wiązał mi nogi. Moi zagraniczni rywale, na przykład ci z USA, przyjeżdżali do hotelu taksówką, dawali tragarzowi po kilka dolarów napiwku, a w barze zamawiali drinki. Zaś ja, jako reprezentant Polski, dostawałem 15 dolarów kieszonkowego i w porównaniu z rywalami na nic nie było mnie stać. Coca-cola kosztowała 2 dolary, a moje stypendium sportowe, z którego miałem żyć cały miesiąc to było w przeliczeniu 10 dolarów. Kiedy byłem na zawodach w Paryżu, nie jeździłem metrem, wszędzie poruszałem się pieszo, bo trzy przejażdżki były warte tyle, co zamrażarka we Wrocławiu. Człowiek czuł się pariasem i działało to na podświadomość, miałem wrażenie, że rywale są ode mnie ważniejsi, bogatsi, a więc i lepsi. Odziani od stup do głów w markowy sprzęt. Ja od związku lekkoatletycznego dostawałem jedną parę butów sportowych na rok. W porównaniu z zagraniczną konkurencją nie mieliśmy też dostępu do takich jak oni odżywek czy suplementu. Przed mistrzostwami świata przyjechał do nas lekarz, każdemu z nas wydzielił po pół fiolki supradynu, takiej multiwitaminy.

Kiedy przed zawodami w Paryżu pierwszy raz w życiu dostałem komplet sprzętu sportowego marki Adidas, pomyślałem, że w końcu będę wyglądał jak poważny zawodnik. Ale kiedy poszedłem na pierwszy trening, zobaczyłem, że tysiące zawodników trenują w takim sprzęcie, który dla mnie był czymś w rodzaju relikwii (śmiech).

To ciekawe, bo dziś powszechnie uważa się, że polskim sportowcom w tamtych czasach brakowało tylko ptasiego mleka…

– Czasy były zupełnie inne niż dziś. Sportowcy nie mieli dobrze patrząc na to z dzisiejszego punktu widzenia. Ale mieli lepiej niż reszta społeczeństwa wówczas. Mogli niemal bez przeszkód wyjeżdżać za granicę, co wtedy dla większości szarych obywateli było praktycznie niemożliwe. Pamiętam, że jak jechałem na obóz do Grecji czy na jakieś zawody do Japonii, to na wielu osobach robiło to wrażenie. Poza tym dobry sportowiec, na przykład mistrz Polski, miał szansę na mieszkanie, może nie własnościowe, ale jednak już był lepiej ustawiony od swoich rówieśników. Sportowcy w tamtych czasach żyli w takim sztucznym świecie. Dzisiaj nasi młodsi koledzy też jeżdżą po świecie, na obozy, na zawody, ale jednocześnie nie opuszcza ich świadomość, że ten świat poza ich światem istnieje, że kiedyś do niego wrócą i będzie trzeba zorganizować go sobie na swoją modłę. Po zakończeniu kariery będą musieli zacząć wszystko od nowa, zająć się czymś zupełnie nowym. W tamtych czasach nie było tego problemu. Wiedzieliśmy, że nawet jak przygoda ze sportem się skończy, to wrócimy do tych samych szkół, na te same stanowiska, za te same pieniądze, co nasi koledzy z podwórka.

A Zachód nie kusił? Nie było propozycji, żeby uciec na drugą stronę żelaznej kurtyny i na przykład reprezentować barwy któregoś z zachodnich krajów?

– Ja nie miałem takich propozycji. Ale kręcili się wokół nas różni ludzie, którzy namawiali do pozostania na Zachodzie. Niestety, często był to element jakichś rozgrywek politycznych, na zasadzie zostańcie z nami, pokażecie, że tu jest lepiej, a tam gorzej. Mnie nigdy to nie interesowało. Mnie w Polsce zawsze się podobało i ceniłem sobie ten komfort, że nawet jak wyjeżdżam gdzieś bardzo daleko, to zawsze mogę wrócić. I chociaż często na półkach w polskich sklepach był tylko ocet, albo i nic nie było, to wolałem być u siebie niż nawet w najbogatszym zachodnim kraju. Oczywiście, Zachód robił na mnie wrażenie. We Wrocławiu miałem jeden sklep czynny do godziny 17, a tam sklepy były otwarte nawet do 22. W każdej chwili mogłem kupić sobie zimne piwo, które bardzo lubię. A w moim rodzinnym mieście zimne piwo mogłem nabyć jedynie w restauracji orbisowskiej, bo w każdym innym miejscu było ciepłe albo w ogóle go nie było. Mimo tych plusów przemawiających na korzyść Zachodu nie dałem się skusić i zostałem w kraju. I szczerze mówiąc, dzisiaj bardzo cenię sobie tę decyzję, bo o ile kiedyś mój standard życia mógłby być wyższy za granicą, to dziś żyję w Polsce na wysokim poziomie. Mam taki dom jaki chciałem, jeżdżę dobrymi samochodami. Jestem u siebie i dobrze mi z tym.

Ma Pan trzy córki. Udało się zarazić je miłością do sportu?

– Mogę powiedzieć, że i tak, i nie. To znaczy, dwie córki poniekąd poszły w moje ślady. Ale trzeciej zupełnie to nie interesowało. Startowała za to z pewnymi sukcesami w wyborach miss. Najstarszą córkę, Hanię, sam zapisałem do sekcji lekkoatletycznej. Myślałem, że dzięki temu będę miał szansę sam częściej zaglądać na stadion i patrzeć na to, co lubię. Hania miała zresztą predyspozycje do sportu. Jako juniorka młodsza dwukrotnie wygrała w mistrzostwach Polski w siedmioboju, a w dodatku za drugim razem pobiła rekord Polski w tej kategorii wiekowej należący do Urszuli Włodarczyk, która, jak wiemy, była czołową wieloboistką świata. Prasa pisała o sukcesie mojej latorośli, że to wielki talent po tatusiu, że czeka ją piękna kariera. Tymczasem Hania tydzień po swoim największym wyczynie sportowym poinformowała mnie, że rezygnuje z dalszych treningów i zamierza zająć się czymś innym, że chce poświęcić więcej czasu na naukę. Mogłem ją przekonywać, aby zmieniła swoją decyzję, ale że z autopsji wiedziałem, jak wygląda profesjonalny sport i ilu wymaga wyrzeczeń, szybko pogodziłem się z jej decyzją. Jeszcze jako juniorka mogła bawić się sportem, później czekałaby ją jednak przede wszystkim bardzo ciężka praca, która niekoniecznie dałaby jej szczęście. Niemniej, wspominam tamten okres bardzo miło. Co ciekawe, to był czas, kiedy i ja, i moja córka mieliśmy jednocześnie aktualne rekordy Polski w lekkiej atletyce. Mój rekord pobił jednak w końcu Piotr Małachowski. Nie wiem zaś, jak wygląda kwestia rekordu Hani. Może do tej pory nie został pobity?


A jak poszło jej w nauce?

– Dokonała dobrego wyboru. Robi dziś karierę w korporacji w Warszawie.

Za to przy sporcie pozostała najmłodsza z Pańskich córek...

– Tak, Amelia wybrała na swoją dyscyplinę taekwondo federacji ITF i był to bardzo dobry wybór. Zwiedza świat, osiąga sukcesy, a jednocześnie nie musi trenować tak intensywnie, jak chociażby ja w przeszłości. Amelia zdobyła już wiele medali mistrzostw Polski, Europy i świata w konkurencjach drużynowych i indywidualnych juniorów. W tym roku pierwszy raz startowała w mistrzostwa świata seniorów, niestety jeszcze bez efektu medalowego.

Pan również cały czas trenuje. Ma Pan jeszcze jakieś ambicje sportowe?

– Nie, po prostu chcę jak najdłużej pozostać w dobrej formie. Robię to wyłącznie dla siebie. Tego nauczyłem się od Duńczyków. Przynajmniej w czasach, kiedy tam byłem, coś takiego w Polsce było jeszcze nie do pomyślenia. Kiedy pierwszy raz poszedłem tam na siłownię, od razu zwróciłem uwagę, że jest tam mało młodzieży, większość ćwiczących to byli ludzie w średnim wieku, ale nie brakowało także osób w wieku, który u nas uchodzi za podeszły, a więc 60-, 70- i 80-latków. W pierwszej chwili myślałem, że trafiłem do jakiegoś wyjątkowego klubu, do którego zjeżdżają starsi ludzie z całego kraju. Ale z czasem przekonałem się, że w Danii tak jest wszędzie. 20– czy 30-latków w każdej siłowni jest około 20 procent, ale porównywalną liczbę stanowią osoby w podeszłym wieku, które są w świetnej formie fizycznej. To był dla mnie szok. Nie zdawałem sobie sprawę, że w takim wieku można być w tak doskonałej dyspozycji. A wszystko za sprawą regularnych, co nie znaczy, że bardzo intensywnych, ćwiczeń przez całe życie. Widziałem tam na przykład 70-latka, który w ramach rozgrzewki stawał na rękach na stole. Daj Boże każdemu... (śmiech). Inny 66-latek robił mięśnie brzuszka na skośnej ławce z 15-kilogramowym krążkiem za głową. Połowa studentów Akademii Wychowania Fizycznego nie byłaby w stanie tego zrobić. OK, gdybym w Danii spotkał jedną taką osobę, to bym pomyślał – fenomen, wybryk natury. Ale widziałem tam wielu takich ludzi. I jednocześnie cały czas miałem przed oczami obraz 60-latka w Polsce. To była dramatyczna różnica. Wtedy podjąłem postanowienie, że w życiu nie ma dwóch dróg, jest tylko jedna droga, że albo spędzę całe życie w świetnej kondycji, w dobrej formie i zdrowiu, albo... Ciepły fotel, pilot w ręku i telewizor? To nie dla mnie!

To może chwyci Pan za pióro i spisze swój nieprzeciętny życiorys? Książka albo scenariusz filmowy o Dariuszu Juzyszynie to byłoby coś…

– Aż taki próżny nie jestem (śmiech). Nie jestem żadnym celebrytą, aby ludzie chcieli kupić moją książkę. Chociaż z drugiej strony na uniwersytecie w Białymstoku powstała o mnie praca magisterska. I jakoś się obroniła.

Rozmawiał
ŁUKASZ HARAŹNY

Miedziowa ofensywa

Sukces polskich piłkarek ręcznych wpłynął także na nasz plebiscyt. I to jak!

Wesołych Świąt!

Wszystkim Czytelnikom, Kibicom, Sportowcom, Trenerom, Działaczom oraz Dziennikarzom składamy życzenia zdrowych, spokojnych i radosnych Świąt Bożego Narodzenia, oraz wszelkiej pomyślności w Nowym Roku. Redaktor Naczelny "Słowa Sportowego" Andrzej Szumski wraz z zespołem.

Sportowiec na ekranie

Zdobył 9 tytułów mistrza Polski w rzucie dyskiem. Przez 21 lat należał do niego rekord Polski seniorów.

Pościg za Górnikiem

Szanowni Czytelnicy. Publikujemy dziś 4.

Używamy plików cookie na naszej stronie do personalizowania treści i reklam, analizowania ruchu na stronie, zapewniania funkcji mediów społecznościowych oraz udostępniania informacji naszym partnerom o sposobie w jakim korzystasz z naszej strony. Sposób przechowywania cookie możesz zmienić w ustawieniach przeglądarki.

Przeczytaj naszą Politykę prywatności oraz informacje RODO.

Zamknij