Dyskobol, który rzucił dysk dla aktorstwa, cz. 1

Zdobył 9 tytułów mistrza Polski w rzucie dyskiem. Przez 21 lat należał do niego rekord Polski seniorów. Pobił go dopiero Piotr Małachowski. Wrocławianin – Dariusz Juzyszyn, bo o nim mowa, doskonale radził sobie nie tylko w sporcie. Od lat kilku lat możemy oglądać go w największych polskich produkcjach filmowych. Debiutował w „Quo vadis”. Dziś ma w swoim dorobku kilkanaście ról w filmach pełnometrażowych, serialach, a nawet w teatrze.

Ponoć każdy aktor marzy o zagraniu Hamleta. To także pańskie marzenie aktorskie?

DARIUSZ JUZYSZYN: – (śmiech) To nie moje marzenie. I to z wielu względów. Podstawowy jest taki, że fizycznie nie pasuję do roli duńskiego księcia trapionego rozterkami. Zupełnie nie tak wyglądam, mimo że bywam trapiony rozterkami. Poza tym jest to zupełnie inna rzecz od tych, które robiłem do tej pory. I bardzo dobrze, bo wydaje mi się, że by być dobrym aktorem, niezbędny jest warsztat, który nabywa się w szkole albo bardzo długą i ciężką pracą aktorską poza szkołą. A ja nie doświadczyłem ani jednego, ani drugiego.

Więc jak został pan aktorem?

– To był zupełny przypadek, chociaż wierzę, że nasze myśli potrafią przyciągać pewne sytuacje. Po zakończeniu kariery sportowej dalej chodziłem ćwiczyć, bo zawsze to lubiłem. I uważam, że każdy człowiek powinien ćwiczyć przez całe życie, aby przejść przez życie w jak najlepszej formie. Ale, ponieważ moja małżonka narzekała, że zbyt wiele czasu spędzam na siłowni, przyszło mi do głowy, że powinienem mieć z tych ćwiczeń jeszcze jakąś dodatkową korzyść. Pomyślałem, że mógłbym zagrać w filmie kogoś dużego, silnego, muskularnego, kogoś takiego jak ja. A pierwsza konkretna rola jaka przyszła mi do głowy, to była rola Ursusa w „Quo vadis”. Tylko, że zupełnie nic w tym kierunku nie robiłem. Ludzie pracujący nad tym filmem sami się do mnie zgłosili.

Jak to?

– Na stacji benzynowej pod Sieradzem zaczepiła mnie kobieta pracująca na planie filmowym „Quo vadis”. Było lato, a ja w koszulce z krótkim rękawkiem, z muskułami na wierzchu. Podeszła do mnie, przedstawiła się i wyjaśniła, że pracuje przy filmie i potrzebny jest im ktoś do roli Krotona, wielkiego gladiatora. I, że na jej oko świetnie bym się nadawał. A mieli taki problem, że już wcześniej zatrudnili Rafała Kubackiego do roli Ursusa. Rafał też jest człowiekiem ogromnej postury, więc wszyscy, których przymierzano do roli jego rywala, wyglądali przy nim mikro. Czyli zupełnie inaczej niż wynikało z powieści, gdzie Ursus wygrał z Krotonem ku wielkiemu zaskoczeniu, bo był od niego mniejszy. Do roli Krotona przymierzany był m.in. Andrzej Gołota, ale jak stanął przy Kubackim, to wyszło, że jest między nimi 40 kilogramów wagi i 10 centymetrów wzrostu różnicy. Oczywiście na niekorzyść boksera. I tak oto dostałem swoją pierwszą rolę filmową w życiu.

Wszystko dzięki warunkom fizycznym?

– Nie tylko. Znaleziono jeszcze kilka osób o podobnych wymiarach, ale nie były w stanie wyartykułować swoich kwestii. Natomiast mi udało się cudownie połączyć obie cechy (śmiech). Chociaż po pierwszym przesłuchaniu czułem się jak kompletny idiota. Wyuczyłem się tekstu na pamięć i czułem się rewelacyjnie przygotowany. Jednak kiedy przyszło do nagrania przed dużą grupą ludzi i kilkoma kamerami, w oświetlonej sali, język utkwił mi w gardle. Na szczęście stres w końcu minął.

„Quo vadis” to ten film, który dał panu największą satysfakcję?

– Zdaje się, że do dziś jest to największa polska produkcja filmowa. Ale obok pozostałych tytułów też trudno przejść obojętnie. „Kariera Nikosia Dyzmy” co kilka dni leci w telewizji na różnych kanałach. A „Jasminum” to dla wielu film kultowy. Z kolei „Essential Killing” zdobył wiele nagród na festiwalach krajowych i zagranicznych. Vincent Gallo, który w tym filmie osobiście obciął mi głowę piłą łańcuchową, dostał nagrodę indywidualną za tę rolę i jest coraz bardziej popularnym aktorem w Stanach Zjednoczonych. Miałem przyjemność grać w wielu prominentnych produkcjach.

Zagrał pan już w kilkunastu filmach i serialach. W której produkcji miał pan najdłuższą kwestię do zapamiętania?

– Oczywiście znam swoje ograniczenia, wiem co jestem w stanie zagrać, a co nie. I z pewnością nie jest to Hamlet. Nie da się ukryć, że zazwyczaj obsadzano mnie w takich rolach w których moja budowa miała duże znaczenie. Zdarzały mi się jednak dłuższe kwestie. Zwłaszcza w serialach. Zdarzało się i kilkanaście stron tekstu do wypowiedzenia. Oczywiście nie ciurkiem, ale w ramach różnych dialogów. W filmach pełnometrażowych w ogóle mniej się gada (śmiech).


A którą rolę wspomina pan najmilej?

– Może powiem o tej, którą najbardziej lubię. To była rola zakonnika w „Jasminum” Jana Jakuba Kolskiego. Po pierwsze zagrałem postać o zupełnie innej charakterystyce niż zazwyczaj, bo przeważnie grywam oprychów i osiłków. W „Jasminum” płakałem, mówiłem o sensie życia, a więc jak dla mnie była to już rola pełną gębą (śmiech). W dodatku na plakacie promującym ten film byłem wymieniony w rolach głównych, tuż za Bogusiem Lindą. A to dla każdego aktora jest wielki zaszczyt.

Z „Jasminum” pamiętam taką scenę w której niesie pan posążek, który wygląda na bardzo ciężki. Ale na planie filmu nie ma chyba potrzeby dźwigania ciężarów?

– Jan Jakub Kolski jest bardzo poważnym reżyserem i podchodzi do wszystkiego zupełnie serio. Także do rekwizytów. U niego nie ma pustych walizek, i nawet jeśli w scenie niesie je staruszka, to walizki muszą mieć swoją wagę (śmiech). Puste walizki nosi się w amerykańskich filmach i to widać. A jeśli chodzi o ten posążek to rzeczywiście nie był kamienny, a jego waga była ze mną wcześniej konsultowana, padło pytanie ile powinien ważyć posążek abym nie dostał przepukliny, ale aby jednocześnie, było widać, że jest ciężki. Zachowawczo powiedziałem, że około 50 kilogramów. I okazało się, że bardzo dobrze zmierzyłem, bo z jednej strony taki ciężar dla zdrowego mężczyzny, to nie jest dużo, i wyobrażałem sobie, że będę w stanie z nim biegać. Ale plan filmowy ma swoje prawa. A tu trzeba poczekać na jakieś światełko, a tu na kamerę, a człowiek stoi z tym ciężarem na rękach. I tak siedem, osiem, dziesięć razy.

Każde ujęcie trzeba kilkakrotnie powtórzyć...

– Oj... Taka ciekawostka, wpakować się w filmie w jakieś jedzenie, albo palenie papierosa, to katastrofa (śmiech). W tle jednej sceny, która była skomplikowanym dialogiem trójki aktorów, miałem jeść lody. I co dubel przynoszono mi nową porcję lodów i za każdym razem zjadałem około połowy. Bardzo lubię lody, ale wtedy musiałem ich zjeść kilka litrów. Miałem serdecznie dość.

Wypisałem sobie role, w jakich najczęściej bywa pan obsadzany – gangster, osiłek, goryl, ochroniarz, gladiator. Reżyserzy są tu dość monotematyczni. A w jakiej roli pan by siebie obsadził? Może w roli sportowca?

– Na sportowca jestem już za stary. Chyba, że na byłego sportowca (śmiech). Chciałbym mówić na planie mądre rzeczy. Prywatnie interesuję się psychologią i samorozwojem. Zagrałbym kogoś kto ma poglądy zbliżone do moich. Raz byłem nawet bliski zagrania w takiej roli. Do serialu „Plebania” potrzebowali zakonnika-psychologa. Pomyślałem, że to coś dla mnie. Jednak ostatecznie stanęło na tym, że zagrałem tam gangstera Rokiego.

Zagrał pan już z całą plejadą gwiazd polskiego kina – Gajosem, Lindą, Jandą, Żebrowskim, Adamczykiem, Trelą, Olbrychskim, Fronczewskim, Kotem, Majchrzakiem. A z kim chciałby pan jeszcze zagrać?

– Miałem szczęście. I to, że grałem z tymi sławnymi aktorami, to trochę za dużo powiedziane. Ustalmy, że graliśmy w tych samych filmach. A z kim chciałbym jeszcze zagrać? Myślę, że w ogóle fajnie byłoby kiedyś spróbować swoich sił w Hollywood. Cenię wielu tamtejszych aktorów, chociaż ci, których cenię najbardziej grają zazwyczaj w filmach, gdzie rzadko obsadza się osiłków. Takim aktorem jest na przykład Edward Norton. Z pewnością zabawnie byłoby gdybym zagrał z Arnoldem Schwarzeneggerem, bo jestem od niego o 20 centymetrów wyższy. Jednak taki duet nie miałby się prawa zdarzyć, ponieważ w amerykańskim kinie jest taka zasada, że jeśli, dajmy na to, Sylvester Stallone gra boksera wagi ciężkiej, to reszta obsady musi być od niego znacznie drobniejsza i niższa, aby gabaryty głównego bohatera były jak najlepiej wyeksponowane.

Na razie zagrał pan w jednym obcojęzycznym filmie – „Essential Killing”, który jest koprodukcją polsko-francusko-irlandzko-norwesko-węgierską. Czy tym filmem rozpoczyna pan swoją karierę zagraniczną?

– (śmiech) Trzeba sobie powiedzieć, że czas działa na moją niekorzyść. Jestem obsadzany w różnych rolach przede wszystkim ze względu na swoją budowę i muskulaturę. A przecież z każdym dniem jestem coraz starszy. Może jednak trafię w jakąś niszę na rynku. W końcu zdarzają się role dla facetów już nie najmłodszych, ale dobrze zbudowanych.

Dlaczego w mijającym roku nie zagrał pan w żadnym filmie?

– Musiałem zrobić sobie przerwę, przeszedłem operację stawu biodrowego. Z tego powodu zrezygnowałem z kilku ról, m.in. w „Pokłosiu”. Miałem tam wcielić się w rolę drwala, który ukrzyżowuje głównego bohatera na drzwiach od stodoły (śmiech). Ale z powodów zdrowotnych sam ledwo mogłem chodzić.


Za to w 2012 roku na ekranach kin pojawił się „Hans Kloss. Stawka większa niż śmierć”, gdzie zagrał pan osiłka…

– Ten film był dla mnie pewnym szokiem, ponieważ Hans Kloss był bohaterem mojego dzieciństwa i młodości. Wychowałem się na tym filmie i prędzej bym przypuszczał, że porwą mnie kosmici niż, że z Klossem będę wysadzał latarnie morskie. Ze względu na sentyment do tego bohatera, możliwość zagrania w tym filmie przyjąłem z wielką radością.

Występował pan także w teatrze...

– Tak. W ramach 26. Przeglądu Piosenki Aktorskiej miałem przyjemność występu w spektaklu „Wiatry z mózgu. Stolarka kabaretu”, gdzie w scenie z panią Jolantą Fraszyńską wcieliłem się w rolę Indianina.

Śpiewającego Indianina?

– Jeżeli coś w życiu robię na prawdę źle, to jest to właśnie śpiewanie. A więc absolutnie nie mogę powiedzieć, że śpiewałem z panią Fraszyńską (śmiech), która wykonywała całą piosenkę. W scenariuszu był jednak taki fragment, kiedy aktorka niby zapomina tekstu i wtedy ja cudownie przypomniałem jej jak to leciało.

Odnotowałem też, że zagrał pan w musicalu „West side story”...

– We wrocławskim teatrze muzycznym Capitol wcieliłem się w rolę Sierżanta Krupke, który w tym musicalu jest ważną postacią. Jest mu nawet poświęcona jedna z piosenek. Ale oczywiście ja jej nie śpiewałem. Bardzo cenię sobie jednak to doświadczenie i z wielkim bólem musiałem zrezygnować z dalszych ról w Capitolu. Miałem ogromnego pecha, bo podczas jednej z prób baletowych do przedstawienia „Jerry Springer – The Opera”, zapomniałem o swoich latach, próbowałem gładko wylądować na deskach po wyskoku z półobrotem i uszkodziłem kolano oraz mięsień. W efekcie musiałem zrezygnować z dwóch ról teatralnych.

Lata, latami, ale do pańskich ról kaskaderów chyba się nie zatrudnia?

– Taka już jest specyfika polskiego kina. Na zachodzie dobry aktor nie zeskoczy nawet z krzesła. Nawet jakby chciał, to mu nie pozwolą. Natomiast w Polsce aktorzy nawet dużo lepsi i bardziej znani ode mnie robią na planie rzeczy, których robić nie powinni. W „Starej Baśni” miałem scenę walki z Michałem Żebrowskim, który bardzo mi zaimponował. W końcu to bardzo poważny aktor dramatyczny, uznana gwiazda, a w trakcie tej sceny tarzał się po ziemi i rzucał po krzakach, traktując to jako świetną zabawę. W Ameryce byłoby to jednak nie do pomyślenia. W trakcie tej walki była też taka scena, kiedy uderzam mieczem w tarczę, która w efekcie pęka. Tarcza rzeczywiście rozpadła się na kilka kawałków, a jeden z nich trafił Żebrowskiego w głowę i zranił go. Krótko mówiąc polała się krew. Ale już kilka minut później powtarzaliśmy tę scenę. W USA przerwa trwałaby pewnie kilka dni (śmiech).

Natomiast w polskich filmach tnie się koszty…

– Chociaż nie zawsze. W „Ogniem i mieczem” jest taka scena, gdzie strzelają z łuku do Longinusa Podbipięty. Jednak, aby aktorowi nie stała się krzywda zastosowano rozwiązanie, które kosztowało wiele tysięcy dolarów. Między strzelcami, a Longinusem rozciągnięto przezroczyste linki po których przemieszczały się strzały. Po oprawce technicznej efekt był bardzo realistyczny. Natomiast w „Starej baśni” była podobna scena, w której oddział wikingów ze mną, jako dowódcą Jarlem Sigvaldem na czele, walczy z oddziałem polskich wojów. W role tych drugich wcielili się panowie z grupy rekonstrukcji historycznej, którzy podchodzą do całego zajęcia z wielką pasją i czasami nawet jak odgrywają scenę walki, to biją się naprawdę. Reżyser mówi stop, a walka trwa nadal (śmiech). Tym razem reżyser chciał, aby wojowie strzelili z łuków w stronę wikingów tak, aby strzały wbiły się w tarcze. Nie było jednak pieniędzy na efekty specjalne. Po krótkiej konsultacji stanęło więc na tym, że wojowie strzelali od nas na żywca.

Jest pan rozpoznawany na ulicy?

– Nie jest to regułą, ale zdarza się. Nawet na wakacjach w obcym kraju zdarzyło się, że ktoś mnie zaczepił. Ale oczywiście najbardziej rozpoznawany jestem we Wrocławiu. Tu mieszkam od urodzenia i siłą rzeczy, tutaj spędzam najwięcej czasu.

I tak na prawdę nigdy pan tego miasta nie opuścił. Mimo, że jako sportowiec przemierzył pan świat wzdłuż i wszerz, a później był trenerem reprezentacji Danii w rzutach...

– Okazji, aby wyjechać z Wrocławia na zawsze nigdy nie brakowało. Ale zawsze zatrzymywał mnie tu sentyment do miasta, trenerów i ludzi, którzy obok mnie żyją. A najdłużej byłem tu nieobecny właśnie wtedy, gdy pracowałem w Danii. Zaczynałem tam od prowadzenia klubu Sparta Kopenhaga. Jednocześnie, co jest chyba ewenementem w skali światowej, zatrudniono mnie tam też na czarno w Królewskiej Akademii Policyjnej. Uczyłem duńskich policjantów wychowania fizycznego. A zaczęło się od tego, że zauważyłem jak jeden z moich podopiecznych w klubie usiłuje skakać wzwyż po treningu. Ale, że robił to bardzo źle, podszedłem i zapytałem dlaczego tak kaleczy. Odpowiedział, że przygotowuje się do zaliczenia w szkole policyjnej. Pokazałem mu więc co i jak powinien robić, bo jako absolwent AWF miałem skok wzwyż w ramach metodyki nauczania wf. Na następny trening przyszło już czterech policjantów, a kilka dni później zaproszono mnie na pokazową lekcję do akademii po której dostałem ciepłą posadkę. Od tamtego czasu raz w tygodniu pracowałem z mundurowymi.

Pańska przygoda z Danią trwała jednak zaledwie rok. Dlaczego nie dłużej?

– Mówiąc szczerze, bardzo źle się czułem w obcym kraju. Mimo, że to były czasy, gdy Polacy jeździli za granicę do najgorszych prac i zarabiali, jak na tamtejsze warunki, żałosne pieniądze, a mi płacili bardzo dobrze i byłem panem własnego losu. To ja mówiłem, co Duńczycy mają robić (śmiech). A jednak czułem się obywatelem drugiej kategorii. Przeszkadzała mi bariera językowa, nie rozumiałem dowcipów z których śmiano się w telewizji, o co spierają się w gazetach... Zawsze byłbym tam jednak obcokrajowcem. Postanowiłem więc, że wracam do kraju. Akurat zbliżały się wakacje, wyjechałem do Polski, ale miałem wrócić do Kopenhagi. Duńczycy chcieli, abym nadal dla nich pracował i zgodzili się nawet na bardzo wygórowane warunki, które postawiłem im z premedytacją, tak aby nie mogli ich spełnić. Miałem dostać pozwolenie na stałą pracę, co w czasach PRL było niemal niemożliwe, a ponadto 100-metrowe mieszkanie. Mnie ciągnęło jednak do ojczyzny. W trakcie wakacji dałem sobie trzy miesiące na znalezienie w Polsce takiej pracy, która zagwarantuje mi życie na podobnym poziomie jak w Danii. Zatrudnienie się w roli trenera czy nauczyciela wf nie wchodziło w grę, bo nie byłbym w stanie zarobić na godziwe życie. Zwłaszcza, że miałem już troje dzieci i żonę na utrzymaniu. Teoretycznie mogłem jeszcze zarabiać jako dyskobol, ale życie ze stypendium, które czasami spóźniało się o pół roku, też nie miało sensu. Byłem jednak tak zdeterminowany, że w końcu znalazłem sobie zajęcie. Stojąc ze studolarowym banknotem w kolejce do kantoru przy ul. Komandorskiej, w tamtym czasie jedynego takiego miejsca we Wrocławiu, zdałem sobie sprawę, że właściciel kantoru zarobi na tej transakcji 8 dolarów. A to była równowartość miesięcznej pensji polskiego wuefisty. Założyłem więc własny punkt wymiany walut.

Ale dzisiaj już nie prowadzi pan kantoru?

– Bo ja co jakiś czas zmieniam zajęcie. Po dwóch latach miałem już trochę dość takiego życia. Kursy walut potrafiły zmieniać się kilka razy dziennie i to nie tak jak dzisiaj o kilkanaście groszy w jedną albo drugą stronę. Wtedy waluta potrafiła zdrożeć albo stanieć o połowę w ciągu kilku godzin. Było mnóstwo nerwów i pracowałem do rana do nocy. W końcu było mnie stać na magnetowid, ale nie miałem kiedy oglądać filmów. Ale kropelką, która przelała czarę goryczy była informacja od policjanta w cywilu, który ostrzegł mnie, że niejaki „Blizna” planuje napad na mój kantor. A ponieważ tydzień wcześniej był napad na konkurencyjny punkt po drugiej stronie ulicy, w holu hotelu Polonia, pomyślałem, że pora zwinąć interes.

Rozmawiał
ŁUKASZ HARAŹNY

JUZYSZYN W FILMIE

2012 – „Hans Kloss. Stawka większa niż śmierć” jako osiłek Wernera

2011 – „Warsaw Dark” jako Misiek

2010 – “Essential Killing” jako Drwal

2009 – „On, Ona, Ono” jako dyrektor szkoły Total

2009 – „Afonia i pszczoły” jako Miedwiediew

2009 – „Zwerbowana miłość” jako klient Anny

2006 – „Jasminum” jako brat Czereśnia

2004 – „Cud w Krakowie” jako siłacz

2003 – „Stara baśń. Kiedy słońce było bogiem” jako Jarl Sigvald, dowódca Wikingów

2002 – „Kariera Nikosia Dyzmy” jako Mieczysław, goryl Kilińskiego

2002 – „Superprodukcja” jako gangster Mariusz J. „Torpeda”

2001 – „Quo vadis” jako gladiator Kroton

JUZYSZYN W SERIALU

2008-2009 – „Londyńczycy” jako Misza

2009 – „Naznaczony” jako sierżant

2007 – „Determinator” jako Giewont

2005-2006 – „Warto kochać” jako ochroniarz Horoszewicza

2005-2009 – „Niania” jako ochroniarz Szwai

2004 – „Dziki” jako silny, człowiek Basiora

2004 – „Stara baśń” jako Jarl Sigvald, dowódca wikingów

2004 – „Pierwsza miłość” jako siłacz Mikołaj Grzelak

2004-2008 – „Kryminalni” jako Kędzior

2003-2004 – „Rodzinka” jako Ryszard, mąż Romy

2003-2008 – „Glina” jako Gabriel, technik w prosektorium

2002 – „Quo vadis” jako gladiator Kroton

2000-2012 – „Plebania” jako gangster Roki

1999 – „Świat według Kiepskich” jako Babsztyl, Siłacz, Postać, Oprawca

Wesołych Świąt!

Wszystkim Czytelnikom, Kibicom, Sportowcom, Trenerom, Działaczom oraz Dziennikarzom składamy życzenia zdrowych, spokojnych i radosnych Świąt Bożego Narodzenia, oraz wszelkiej pomyślności w Nowym Roku. Redaktor Naczelny "Słowa Sportowego" Andrzej Szumski wraz z zespołem.

Pościg za Górnikiem

Szanowni Czytelnicy. Publikujemy dziś 4.

Walka trwa

Kolejny tydzień plebiscytu… Głosy napływają do nas zarówno na kuponach, jak i w postaci sms-ów. W tym tygodniu najbardziej spektakularny awanse zaliczyła Justyna Kasprzycka, która w gronie sportowców została wiceliderką.

Najlepiej w Polsce

To był udany rok dla Szkolnego Związku Sportowego na Dolnym Śląsku! – Nasz kalendarz imprez jest zdecydowanie najbogatszy w Polsce.

Używamy plików cookie na naszej stronie do personalizowania treści i reklam, analizowania ruchu na stronie, zapewniania funkcji mediów społecznościowych oraz udostępniania informacji naszym partnerom o sposobie w jakim korzystasz z naszej strony. Sposób przechowywania cookie możesz zmienić w ustawieniach przeglądarki.

Przeczytaj naszą Politykę prywatności oraz informacje RODO.

Zamknij