„Farang” na tajskiej ziemi

Emilian Siemsia, środa, 29 czerwca 2011

Trzy miesiące, cztery profesjonalne walki, niezliczona liczba spotkanych lady-boyów, jedna zjedzona sucha żaba, trzy zrzucone kilogramy, tysiące treningów, pompek, kopnięć, walk w klinczu, odwiedzonych buddyjskich świątyń. To w skrócie wyprawa Bartka Batry (Puncher Wrocław) do Tajlandii. – Po pierwszych dniach spędzonych tam, moja szyja przypominała jeden wielki siniak, miałem łzy w oczach, depresję i chciałem wracać do domu – mówi Bartek Batra.  

avatar

Na jak długo planowałeś wyjechać do Tajlandii?

BARTOSZ BATRA: – Na trzy tygodnie, a doo domu wróciłem po trzech, ale... miesiącach.

Skąd w ogóle taki pomysł?

– Mieliśmy w Tajlandii mistrzostwa świata amatorów w boksie tajskim i tak sobie wymyśliłem, że po zawodach mógłbym tam potrenować. Tak wcześniej zrobiło paru moich kolegów. Przez prawie rok wertowałem fora internetowe w poszukiwaniu informacji, gdzie dokładnie pojechać, żeby jak najwięcej skorzystać.

I gdzie trafiłeś?

– Kiedy już zostałem sam w Bangkoku, poszedłem do jednego z campów. To takie miejsce, gdzie najczęściej zawodnicy oprócz tego, że trenują, to jeszcze mieszkają. Zapytałem się, czy mógłbym z nim potrenować. Zgodzili się, ale na początku byłem tam na zasadzie gościa, który za wszystko płaci.

Za wszystko płaci i ma taryfę ulgową podczas treningów?

– To drugie na pewno nie. Po tygodniu miałem łzy w oczach, depresję i chciałem wracać do domu. Na szczęście szybko przeszło.

Aż tak ciężko?

– Pobudka o 5 rano, a ja nienawidzę wcześnie wstawać. Na dzień dobry bieg – 5-7 km, potem 100 pompek na liczenie i 50 podciągnięć na drążku, a następnie zaczynał się właściwy trening muay thai.

Nie można było oszukać?

– Nie, bo stał nad nami trener, z takim bambusowym bacikiem, w razie gdyby któryś stracił chęć do wykonywania ćwiczeń. Po pompkach mieliśmy trening z trenerem, z tarczami, ćwiczyliśmy kopnięcia i walkę w klinczu. To ostatnie było dla mnie na początku koszmarem. Moja szyja była jednym wielkim siniakiem. Późnej czas na odpoczynek, jedzenie i znowu to samo. Tak wyglądał każdy dzień, niezależnie, czy miało się walkę w najbliższym czasie, czy nie.

Jedzenie chociaż dobre?

– Tak, i bardzo zdrowe. Głównie ryż, warzywa, ryby i kurczak. Mogliśmy jeść do oporu.

Schudłeś, czy przytyłeś?

– Schudłem. Tak około 3 kg, ale przede wszystkim zmieniło się moje ciało. Po tych 3 miesiącach prawie w ogóle nie miałem tłuszczu, same mięśnie.

Trenowałeś tylko z Tajami?

– W większość byli to chłopcy młodsi ode mnie. Tam boks tajski trenuje się od najmłodszych lat. Małe dzieci kopią ciężkie, twarde worki, ich okostna na nogach jest tak obita, że kiedy mają po 16, 17 lat to noga jest twarda jak skała, a i próg bólu zdecydowanie wyższy. W Tajlandii 17-latek ma z reguły około 100 stoczonych, profesjonalnych walk. Jednak coś za coś. Tajowie z reguły szybko kończą kariery, bo są chyba zbyt mocno eksploatowani. Bardzo dużo byłych zawodników trafia później np. do chińskiej mafii i tak zarabia na życie.

Koledzy po fachu dobrze Cię przyjęli?

– Początkowo dali mi odczuć, że jestem obcy, nawet mówili do mnie „farang”, co po tajsku znaczy właśnie obcy, ale po czasie zaproponowali mi, żeby walczył w ich teamie. Tak że już mieszkałem razem z nimi w jednym pokoju, sprzątałem sale, itp. Było jeszcze coś dość zabawnego. Im wszystkim strasznie podobał się mój nos. Tajowie z reguły mają małe nosy, a mój był znacznie większy, więc wszyscy się nim zachwycali.

Trening treningiem, ale pojechałeś też tam walczyć.

– Tak, i udało mi się stoczyć 4 walki.

Z jakim rezultatem?

– Pierwszą przegrałem na punkty, drugą wygrałem, w kolejnej był remis, a ostatnią przerwali, bo rozpadał się deszcz.

Pierwsza walka w Tajlandii to duże przeżycie?

– Ogromne, chyba nigdy wcześniej przed żadnymi zawodami nie byłem tak zestresowany. Po 2 tygodniach pobytu zakontraktowali mi walkę na stadionie Lumpini. To najważniejszy stadion w Tajlandii, na którym walczą najlepsi zawodnicy z całego kraju w muay thai. Przyjechała tajska telewizja, mnóstwo ludzi. Kiedy czekałem na walkę i słuchałem tych wrzasków, adrenalina wręcz mnie rozsadzała. Przede mną walczył Hiszpan, którego znieśli na noszach dość mocno poturbowanego, to samo było z następnym Tajem, który wracał z walki, kulejąc. Już widziałem siebie z porozcinaną twarzą. Obawiałem się, że kiedy mnie zbyt mocno poobijają, będę musiał wracać szybko do domu. Nie dałem się. Chociaż przegrałem, z ringu zszedłem sam. Miałem, co prawda, obite żebra, jak to po walce. Przez tydzień trochę ciężko mi się oddychało. Nikt się jednak mną nie przejął. Odwieźli mnie do domu i powiedzieli, żebym napił się wody i poszedł spać.

Jaki oni mieli interes w tym, żeby załatwiać Ci walkę?

– Pieniądze. W Tajlandii walki odbywają się po to, żeby każdy mógł na tym zarobić. W życiu nie widziałem tylu bukmacherów, co tam. Oni zakładają się o wszystko. Mój trener miał np. kilka kogutów i urządzał ich walki. Jedna potrafiła trwać nawet kilka godzin. Widziałem też zawody kanarków, słowików, czy jakichś innych ptaków. Kilkanaście klatek i jeden sędzia, oceniający, który ptak najgłośniej śpiewa. Obstawiają nawet trenerzy. Podczas jednej z walk zdarzyło mi się, że po pierwszej rundzie trener podszedł do mnie i pytał, jak mi się walczy i czy dam radę wygrać, bo on nie wie, na kogo postawić. W ogóle przed każdym pojedynkiem bukmacherzy przychodzą do sali, by oglądać wojowników, dotykać, testować, czy wygrają.

Sam przebieg walki różni się od tego w Polsce?

– Przede wszystkim wcześniej tylko raz walczyłem 5 rund po 3 minuty, ale nigdy z łokciami. Poza tym tam jest trochę obrzędów przed walką. Najpierw trener odmawiał nade mną błogosławieństwo do Buddy. Później zakładał mi na głowę monkong. To coś w rodzaju amuletu, który miał mnie chronić. Na Lumpini, w trakcie walki, na szyi każdego zawodnika zawieszane są wieńce z kwiatów, trzeba obejść w nich ring dookoła i wykonać taniec Wai Khru, który jest podziękowaniem dla trenera i gymu, jaki się reprezentuje. Po walce trzeba je złożyć przed pomnikiem Buddy. Kolejna różnica to przerwy pomiędzy rundami. U nas w spokoju słucha się podpowiedzi trenera, tam porad najczęściej udziela tłum bukmacherów, który na Ciebie postawił. Poza tym w walkach profesjonalnych bijemy się bez ochraniaczy, tylko w rękawicach. No i jest jeszcze różnica w samej technice. Oni przede wszystkim kopią.

Kobiety też walczą? W ogóle mają prawo wstępu na stadiony jako kibice?

– Tak, podczas walk jest dużo kobiet, które dopingują wojowników tak jak mężczyźni. Co do tych walczących to owszem, są, ale jest ich niewiele. Jedna jest bardzo sławna, nawet miałem okazję z nią trenować w tym samym teamie. Raz byłem z nią i jej znajomymi na obiedzie, to tłumy ustawiały się w kolejce po autografy. Nazywa się Nong Toom i na podstawie jej historii nakręcono film „Piękny bokser”. Warto dodać, że Toom wcześniej startowała jako mężczyzna. Teraz walczy już jako kobieta i jest naprawdę rewelacyjna.

Wróćmy do obstawiania, Ty coś dostawałeś za każdą z walk?

– Oczywiście, ale nie były to wielkie pieniądze. Byłem „nowy”, w Tajlandii nikt mnie nie znal, więc z reguły dostawałem tyle, że starczało mi na drobne wydatki.

Pierwszą walkę przegrałeś, a jak było z drugą?

– Stoczyłem ją już na wyspie Phuket. Pojechałem tam do innego campu, żeby popracować trochę nad techniką. Tam okazało się, że naprawdę mało wiem jeszcze o mojej dyscyplinie. Biły mnie dzieciaki parę lat młodsze ode mnie. To było dość frustrujące, ale naprawdę bardzo dużo się tam nauczyłem, no i miałem świetnego trenera. Zakontraktowali mi walkę, tylko że nastąpiła mała pomyłka. Na plakatach, ulotkach wszędzie napisali, że jestem z Rosji. Domyślam się, że zrobili to celowo, bo na walkach sporo jest turystów właśnie z Rosji. Trochę mnie to zirytowało, dlatego wyszedłem na ring w koszulce w naszych barwach i z flagą polską. Wygrałem w czwartej rundzie przez nokaut. No i do Bangkoku wróciłem z tarczą.

Nabrali szacunku?

– To za dużo powiedziane. Dla nich tak naprawdę nie do końca liczy się zwycięstwo, tylko pieniądze, ale chyba ich to ruszyło, bo zaproponowali mi, żeby walczył dla ich teamu i zakontraktowali mi walkę na północy. Jechałem 8 godzin nocnym pociągiem. Jak już dotarłem na miejsce, okazało się, że trafiłem na bezludną prowincję. Kazali mi walczyć zaraz po podróży, więc się zbuntowałem i poszedłem spać. Trochę się obrazili, ale szybko im przeszło. Warunki były spartańskie, ring śliski i zabłocony, bo wcześniej padało. Walka zakończyła się remisem, a ja na całe szczęście nie pozwoliłem się zbyt mocno poobijać.

Rozumiem, że odnowa biologiczna tam nie istnieje?

– Można powiedzieć, że jest dość specyficzna. Wkładało się te poobijane nogi do takiego specjalnego baseniku, w którym pływało mnóstwo małych rybek i one, że tak powiem, usuwały martwy naskórek z ran.

Rzeczywiście oryginalnie. Kwestie sportowe to jedno, ale Tajlandia to też piękny kraj.

– Bardzo, i naprawdę sporo widziałem, ale wciąż myślę, że za mało. Najczęściej jeździłem swoim małym skuterkiem, który pożyczyli mi w klubie. Z tym też wiążą się przygody z policją. Zatrzymywali mnie bardzo często i chcieli łapówki, pierwszy raz zapłaciłem, później chowałem pieniądze np. w bucie. Raz chcieli spisać moje dane, a nie miałem dokumentów, więc powiedziałem, że nazywam się Andrzej Gołota. Zapisali. Wracając do zwiedzania, to chyba największe wrażenie zrobił na mnie las deszczowy. Wszędzie pełno dziwnej zwierzyny, roślinności i trzeba było uważać, żeby nie zaatakowała np. żmija. Raz też w parku spotkałem warana, czyli największą jaszczurkę, no i pytona, ale to już w naszym obozie. Mój trener ruszył za nim z maczetą, ale go powstrzymałem. On chciał się zemścić za to, że wąż zjadał jego kurczaki. Huśtałem się też na trąbie słonia. Poza tym odwiedziłem mnóstwo świątyń, cudowne plaże, no i pałac królewski.

Widziałeś króla?

– Nie, chociaż tam jest taki zwyczaj, że on pokazuje się prawie tak jak papież w oknie swojego apartamentu i pozdrawia naród. Król to drażliwy temat w tym kraju i trzeba bardzo uważać, żeby przypadkiem go nie obrazić. Nie można się z niego śmiać, żartować, bo grożą za to naprawdę surowe kary. Wszystko bierze się stąd, że cieszy się on ogromnym szacunkiem, nawet można powiedzieć miłością Tajów, a to dlatego, że wprowadził mnóstwo reform, poprawiających standard życia.  

Słyszałam, że w Tajlandii je się różne robactwo. To prawda?

– Prawda, są specjalne bazary, na których można kupić choćby szarańcze suszoną albo skorpiony. Próbowałem takich specyfików i niemiłe wspomnienia mam po zjedzeniu suszonej żaby. Poszedłem na targ z młodym chłopcem z mojego campu i on bez mrugnięcia okiem pochłonął taką żabę, tak jakby chciał mnie wyzwać na pojedynek. Nie miałem wyjścia... Smakowała jak trawa. Później przez cały dzień miałem wyrzuty sumienia, że zjadłem żabę. Finał był taki, że zwymiotowałem i to nie dlatego, że ona mi zaszkodziła, tylko dlatego, że się tak tym stresowałem.

A sex-turystyka?

– Rzeczywiście, jest bardzo rozwinięta. Prawie na każdej ulicy spotkać można prostytutki, które nagabują przede wszystkim obcokrajowców. Większość to naprawdę bardzo ładne dziewczyny. Zresztą Tajki w ogóle są śliczne. No i według nich w dobrym guście jest mieć chłopaka z obcego kraju. Furorę robią oczywiście blondyni z niebieskimi oczami i wielkim nosami. W Europie takim brzydalem nikt by się nie zainteresował, tam ktoś taki traktowany jest prawie jak Bóg. Wiem, o co teraz będziesz chciała zapytać. O „lady-boyów”?

Właśnie tak.

– Rzeczywiście, w Tajlandii jest ich mnóstwo i bardzo często zdarza się tak, że nie można ich odróżnić od prawdziwych kobiet, ale jeżeli już ktoś decyduje się na przygodę z takim lady-boyem, nie dzieje się to na zasadzie przypadku. To znaczy, że jeżeli nawet wcześnie nie rozpoznamy, jaka to płeć, on sam się przyzna, że nie do końca jest kobietą. Praktycznie niemożliwe jest, żeby taki osobnik wpuścił kogoś w maliny.

Ciebie też nagabywali?

– Nagabują każdego, a zwłaszcza tych, którzy wyglądają na obcokrajowców. Ja miałam raz dość śmieszną przygodę. Jechałem na swoim skuterze i pech chciał, że zabrakło mi paliwa akurat na jednej z najbardziej zabawowych ulic w mieście. Można tam znaleźć naprawdę wszystko. Zatrzymałem się centralnie przed jednym z takich przybytków i się zaczęło. Nie mogłem się odgonić od dziewczyn i lady-boyów. Kłamałem nawet, że jestem żonaty, ale to nie zrobiło na nich żadnego wrażenia. Uciekałem stamtąd jak najszybciej.

Mówi się, że w krajach azjatyckich, trzeciego świata trzeba bardzo uważać na złodziei, itd. Ciebie nie spotkała jakaś niemiła historia?

– Wszędzie kradną, niezależnie od tego, czy to Niemcy, Indie, czy Tajlandia. Ja miałem to szczęście, że nic mi się nie stało, zresztą czułem się w Tajlandii bezpiecznie, chociaż zdarzało mi się przebywać w podejrzanym towarzystwie. Raz do naszego domu w Bangkoku przyjechali jakimś luksusowym samochodem byli zawodnicy, takiego modelu nie widziałem nigdy wcześniej. Wszyscy rozrośnięci do potężnych rozmiarów. Chcieli nas zabrać na dyskotekę, ale jakoś nie miałem ochoty na zabawę w takim gronie. Jak widać, mafia rządzi i tam. Podobno zdarza się tak, że kiedy walczy dwóch znaczących zawodników, walki są bardzo często ustawiane. A jak ktoś nie chce się zgodzić na porażkę, jest szansa, że skończy na jakimś odludziu z kulką w głowie.

Wracając do kwestii sportowych, ale tych bardziej „czystych”, to dużo dał Ci ten wyjazd?

– Bardzo dużo, zwłaszcza jeżeli chodzi o walkę w klinczu i kopnięcia, ale przede wszystkim myślę, że mnie zmienił jako człowieka. Tam są inni ludzie, bardziej na luzie, mimo tego, że często żyje im się trudniej niż w Polsce. Najchętniej już bym tam wrócił.

Naprawdę zamierzasz to zrobić?

– Tak, myślę że będzie to możliwe w sierpniu, a potem może w grudniu. Teraz będzie mi już znacznie łatwiej, bo znam ludzi. Poprzednio jechałem zupełnie w ciemno, z wiedzą, którą udało mi się zdobyć poprzez internet. Po tych trzech miesiącach mam już znajomych, którzy, mam nadzieję, na mnie czekają. 

Imię i nazwisko: Bartek Batra

Data ur.: 6.02.1986

Klub: Puncher Wrocław

Trenerzy: Janusz Janowski, Patryk Grudniewski

Dyscyplina: K1, muay thai

Na co dzień: student prawa na Uniwersytecie Wrocławskim

Osiągnięcia: mistrzostwo Polski w K1

 

Rozmawiała

ALEKSANDRA SZUMSKA


źródło: Słowo Sportowe


Proste pytanie: 1 + 6 =


E-Wydanie:
KUP PDF
Koszt SMS
2 zł netto
(2,46 zł z VAT)
Najbliższe wydarzenia
brak informacji
Livebox - Relacje na żywo
Brak planowanych Relacji Live, zobacz archiwum.