Rozmowa z wrocławskim kaskaderem, aktorem i muzykiem – Leszkiem Sztokałą

, poniedziałek, 22 grudnia 2014

Pojawił się już na planie kilkunastu filmów i seriali. W kilku z nich przypadły mu epizody, w innych był statystą, ale w najtrudniejsze role przypadły mu jako kaskaderowi. Został nim dość późno, bo w wieku 38 lat. – Ale na realizację marzeń nigdy nie jest za późno – mówi Leszek Sztokała, który poza karierą na szklanym ekranie od kilkunastu lat jest klawiszowcem w popularnej grupie rockowej dla dzieci Kilersi.

avatar

Kaskaderka to bardziej sport, czy rzemiosło?

LESZEK SZTOKAŁA: – Powiedziałbym, że po trochę jedno i drugie. Nie jest to sport w ścisłym tego słowa rozumieniu. Niemniej jednak, aby zostać kaskaderem, dobrze jest uprawiać wcześniej jakiś sport, trenować, posiąść pewne umiejętności i mieć przygotowany organizm. Ponadto sama szkoła kaskaderów to trochę taki multidyscyplinarny klub sportowy: masz tam szermierkę, jazdę konną, pływanie, nurkowanie, skoki z wysokości, sztuki walki. Praktycznie rzecz biorąc każdy kaskader trenował wcześniej jakiś sport z mniejszym bądź większym zacięciem. A wielu z nich trenuje cały czas i dana dyscyplina może być ich specjalizacją, potwierdzoną tytułem instruktora sportu i rekreacji ruchowej na Akademii Wychowania Fizycznego. Moją specjalizacją jest akurat samoobrona, bo przez dziesięć lat przed ukończeniem szkoły trenowałem aikido. Poza tym kaskader na wszystko powinien mieć licencję. Bo w Polsce de facto taki zawód nie istnieje. Potwierdzeniem umiejętności są licencje różnych dyscyplin sportowych czy umiejętności. Jak na planie jest potrzebny kaskader do sceny wypadku samochodowego, to dobrze, żeby miał licencję kierowcy rajdowego. Jak trzeba kręcić sceny głęboko pod wodą, to potrzeba kaskadera z licencją nurka. I tak dalej, i tak dalej…

W Twoim przypadku koronną dyscypliną jest aikido. Udało Ci się odnieść w nim jakieś sukcesy?

– To jest sztuka walki, którą uprawia się przede wszystkim dla siebie. Tu nie ma ani sparingów, ani zawodów, są pokazy. Przy czym aikido dzieli się na dwa odłamy. Jest aikido akikai, czyli takie trochę bardziej sportowe, grzeczne i miłe. I jest aikido Kobayashi, które ja uprawiam, a które chyba najładniej pokazuje Steven Seagal, mój idol zresztą. To aikido zapoczątkował w Polsce Jacek Wysocki ze Szczecina. Trenował u niego m.in. Marcin Velinov, którego Saegal wybrał na swojego polskiego dublera.

Jak zostaje się kaskaderem? A może po prostu, jak to było w Twoim przypadku?

– To miało swoje podstawy jeszcze w dziecięcych marzeniach. Już w szkole podstawowej mówiłem, że zostanę klaunem albo kaskaderem (śmiech). I tak się stało, bo to zajęcie to skrzyżowanie odwagi kaskadera z wygłupami klauna. Jako młody chłopak często wywracałem się dla wygłupów, na przykład ze schodów. Kumple zawsze mieli ze mną sporo ubawu (śmiech). A z czasem te wygłupy przerodziły się w coś poważniejszego. Jak już wspomniałem, od kilkunastu lat trenuję aikido, które bazuje na umiejętności sprawnego poruszania się i upadania. Bezpośrednią inspiracją do kaskaderki było jednak dla mnie spotkanie z Dariuszem Michalczewskim i jednym z najlepszych polskich kaskaderów – Ryszardem Janikowskim. Spotkaliśmy się we wrocławskim klubie „Szuflada”, gdzie mój zespół Kilersi, gdzie jestem klawiszowcem, grał koncert dla uczestników meczu Reprezentacji Artystów Polskich. Opowiedziałem im o swoich marzeniach z dzieciństwa. Na co oni odparli, że to nie jest żaden problem, bo niebawem we Wrocławiu powstanie szkoła kaskaderów. Wtedy dotarło do mnie, że rzeczywiście powinienem spróbować. Pomyślałem, że dochodzę do czterdziestki i może warto sprawdzić, czy się jeszcze do czegoś nadaję. To nie była kwestia możliwości, to była kwestia determinacji. Ale tak się jakoś złożyło, że zanim powstała wspomniana szkoła w stolicy Dolnego Śląska, odnalazłem placówkę w Krakowie. Pytałem trenerów, czy nie jestem za stary, ale odpowiedzieli, że w tym zawodzie pracują starsi ode mnie. A mimo wszystko czułem jednak, że mój wiek, wówczas 38 lat, może być jakąś barierą. Stwierdziłem, że muszą czymś się wyróżniać. Robić coś swojego. Wyjechałem do Niemiec, gdzie zrobiłem sobie tamtejszy certyfikat kaskaderski w grupie „Cobra 11”, która zasłynęła dzięki bardzo popularnemu w latach 90. serialowi kryminalnemu emitowanemu za naszą zachodnią granicą. W Niemczech zrobiłem sobie specjalizację ogniową.

Jak długo trwa cała edukacja kaskaderska?

– To zależy, ile kursów zamierza skończyć przyszły kaskader. Jeden kurs trwa dziesięć miesięcy. Ja w Krakowie skończyłem trzy takie kursy. To było ciągłe doskonalenie swoich umiejętności.

W takiej szkole nie ma chyba zbyt wielu lektur?

– (śmiech) Nie, tam są przede wszystkim zajęcia praktyczne. Na przykładowych zajęciach cały dzień upadasz. Z różnych pozycji i wysokości. Najpierw ze stołka, później z krzesła, stołu, szafy, balkonu i coraz wyżej i wyżej. W końcu przyjeżdża dźwig i skaczesz z dźwigu. A całość zamyka skok egzaminacyjny z 18 metrów. Trzeba wykonać trzy skoki na zaliczenie. Trzy skoki w różnych pozycjach, pierwszy plecami do tyłu, drugi nogami do przodu, a trzeci głową w dół na tzw. marynarza.

I spada się na beton?

– Nie, na strażacką poduszkę powietrzną. Ale serce i tak może stanąć w przełyku. Śmialiśmy się, że z wysokości 18 metrów, czyli z około siódmego piętra budynku, taka poduszka wygląda jak pudełeczko zapałek.

Zdarzały się przypadki niezaliczeń?

– Wszyscy, którzy byli ze mną na egzaminie, zaliczyli skoki. Ale nikt tam nikogo nie ciśnie, że musi wejść i od razu skoczyć. Praktycznie każda osoba wjeżdżała na górę po kilka razy i przygotowała się do skoków psychicznie, oceniała swoje szanse i możliwości. Każdy musiał też przełamać swoją barierę strachu, który w takich sytuacjach jest normalną rzeczą. Czasami pracujemy na planie z antyterrorystami, o których można by pomyśleć, że oni to już w ogóle niczego się nie boją. Ale i oni się boją, do czego zresztą się przyznają. Jeden z nich powiedział mi kiedyś zresztą, że jeśli ktoś niczego się nie boi, to jest po prostu głupi. Chociaż każdy może bać się czegoś innego. Są ludzie, o których mówię, że mają ściągnięte simlocki i nie boją się żadnej wysokości, ale za to boją się czegoś innego. W polskiej szkole kaskaderów szkoli się w wielu dziedzinach. W przeciwieństwie do innych krajów. Na przykład w Niemczech są wąskie specjalizacje. Są więc ludzie od wysokości, od samochodów, od ognia. Dlatego za granicą bardzo lubią polskich kaskaderów, bo jesteśmy wszechstronni.

W Twoim przypadku ta wszechstronność oznacza samopalenie, potrącenie samochodem, ciągnięcie za koniem czy pojazdami i wypadanie z pędzącego pojazdu…

– Kaskader musi odnaleźć się w każdej sytuacji. Na przykład 10 stycznia w Katowicach odbędzie się charytatywny mecz hokejowy dla Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, w którym hokejowa drużyna oldboyów Naprzodu Janów zagra z piłkarzami Ruchu Chorzów. Do gry zapraszane są też zaprzyjaźnione osoby. Grają aktorzy, muzycy, artyści i przedstawiciele innych dyscyplin. Mogę się pochwalić, że przypadło mi w udziale takie zaproszenie. Oczywiście samego hokeja w moim wykonaniu spodziewałbym się najmniej (śmiech), będę nadrabiał sztuczkami kaskaderskimi. Trzeba być uniwersalnym i wykazywać się ogólną sprawnością fizyczną. Jeśli dziś w nocy dostanę zlecenie przelotu paralotnią na potrzeby filmowe, to w jeden dzień nauczę się podstaw latania i polecę.

A jest numer kaskaderski, którego nie wykonałbyś za przysłowiowe Chiny?

– Nie lubię wysokości.

Masz lęk wysokości?

– Zależy na jakiej wysokości (śmiech). Do pewnej wysokości nie mam lęku, nieco wyżej zaczynam czuć się niepewnie, ale paradoksalnie, gdy jestem już zupełnie wysoko myślę sobie, że jest mi już wszystko jedno (śmiech).

Wspomniane 18 metrów na zaliczenie było dużym problemem?

– Wtedy, w szkole, tak. Przed pierwszym skokiem wjeżdżałem na górę trzy razy. Chciałem skoczyć, ale ciało mi nie pozwalało. Przy tego typu zadaniach wszystko jest właściwie kwestią przełamania.

To zapytam inaczej: jakie było najtrudniejsze zadania kaskaderskie, z jakim miałeś do czynienia?

– Było i jest nim palenie się. Wybrałem sobie specjalizację, która nie jest najprostsza i nie każdy ją robi. Ja wybrałem ją, bo podoba mi się ogień. A rzeczy, które z nim robię, wydają mi się najbardziej spektakularne. Bo nawet na mały płomień rozpalony na gołej dłoni robi na ludziach ogromne wrażenie. A co dopiero, gdy podpalisz się cały. Do filmu są to krótkie ujęcia i nie jest to jeszcze nic skomplikowanego. Masz się podpalić, przebiec przed kamerą i jest po wszystkim. O wiele wyżej jest zawieszona poprzeczka na moich pokazach, które organizuję na różnego rodzaju pokazach kaskaderki na żywo, eventach czy imprezach okolicznościowych. Tam już cała akcja musi być przeprowadzona od początku do końca, a więc trwa dużej niż przed kamerą. Jak masz się palić blisko minutę, bo do takiego wyniku się ostatnio zbliżyłem, to musisz mieć przy sobie cały sztab ludzi, ludzi którym ufasz i wiesz, że cię ugaszą. Osobną rzeczą jest umiejętność zadziałania wbrew psychice. Każdemu człowiekowi, który zajmie ogniem, włącza się tryb „biegnij”. I każdy biegnie, każdy ucieka, co jest właściwie bez sensu, bo biegnącego o wiele trudniej ugasić niż stojącego w miejscu. Tylko jak to zrobić, żeby płonąć i spokojnie stać w miejscu?! Tu właśnie trzeba oszukać swoją psychikę. Trzeba zachować spokój, chociaż nerwy są ogromne, może popsuć się gaśnica.

Dzieją się takie rzeczy?

– Oczywiście. Sam byłem świadkiem takiej sytuacji w Niemczech, kiedy posłuszeństwa odmówiły dwie gaśnice. Trzeba było pobiec po dwie kolejne, a człowiek w tym czasie cały czas się palił. Skończyło na ciężkich poparzeniach, ale na szczęście nikt nie zginął. Każdy kaskader musi się jednak liczyć z najgorszym. Ryzyko jest niejako wpisane w ten zawód. Większość zadań jakie otrzymujemy jest takim chodzeniem po krawędzi. Ale z drugiej strony wiesz na ile możesz sobie pozwolić, co potrafisz i jeśli z góry wiesz, że czemuś nie podołasz, to nie robisz tego. Podejmujemy się tylko takich rzeczy, które potrafimy zrobić albo możemy się do nich przygotować. Gdybym teraz dostał do zdublowania scenę wybuchu na drugim piętrze, w której wypadam z okna wraz z futryną, to wiem, że byłoby to do zrobienia. Ale musiałbym się do tego przygotować.

Jaka była najbardziej podbramkowa sytuacja w jakiej się znalazłeś?

– Tak bezpośrednio na planie filmowym czy w trakcie pokazu na szczęście nic mi się nigdy nie stało. Ale częściej odczuwam różne dolegliwości niejako w ramach konsekwencji jakiegoś wyczynu. A do takich rzeczy jak złamanie nosa, palca, ręki, nogi czy rozbicie łuku brwiowego zazwyczaj dochodzi na treningach, gdy ćwiczymy jakąś scenę walki wręcz czy z szablami. Zanim wyczujemy dystans między sobą, zanim nauczymy się pewnego zakresu ruchów, zawsze może coś nie wyjść. Zawsze jestem pod wielkim wrażeniem scen w kinie amerykańskim, gdzie różnego rodzaju pojedynki na miecze czy szpady, ogólnie na tzw. białą broń, są z reguły nagrywane ciągiem. Podziwiam kaskaderów, którzy potrafią uczyć się tak długich sekwencji. Im dłuższa sekwencja, tym więcej może się przydarzyć, zwłaszcza kiedy w grę wchodzą skoki na stół, na drabinę, upadki z wysokości i wypadanie przez barierki.

To już się przeradza w aktorstwo…

– Po części każdy kaskader jest aktorem. Zresztą czasami jesteśmy proszeni o dublowanie aktorów w konkretnych scenach. Ja najczęściej dostaję do dublowania aktorki, a to z racji długich włosów i dość mikrej postury (śmiech). Dublowałem m.in. Magdę Margulewicz w teledysku, który był realizowany w ramach konkursu ogłoszonego przez niemiecki zespół Rammstein. Razem z kilkoma innymi kaskaderami dublowałem tam dziewczyny, które biły się w knajpie. To była taka bójka żywcem wyjęta z westernu: latały krzesła, kufle i deski. A ostatnio dublowałem jedną z czeskich aktorek, w filmie „Ja, Olga Hepnarova”, który był kręcony we Wrocławiu. Odgrywaliśmy scenę, w której ciężarówka wjeżdża na przystanek autobusowy pełen ludzi. Kilka osób nie żyje, wiele jest rannych. Moja postać ginie, a ja musiałem odegrać cała scenę jej wpadania pod ciężarówkę. Innym razem poproszono mnie o pomoc przy filmie „Mechanizm obronny”, którego reżyserem był Dominik Matwiejczyk. Musiałem podzielić się swoimi doświadczeniami m.in. przy scenie w której Magdalena Kielar uderza głową w umywalkę. Grała bowiem narkomankę, która odurza się w toalecie i traci przytomność. Musiałem więc pokazać aktorce jak powinna upaść, aby wyglądało to jak najbardziej realistycznie. Przy okazji zgrałem w tym filmie epizodyczną rolę pewnego nerwowego kolesia, który cały czas widzie, że ktoś podrywa jego dziewczynę. Trzy raz wychodziłem z lokalu na rozmówienie się z innymi mężczyznami i za każdym razem to ja wracałem. Taka to była scenka (śmiech).

Chciałem powiedzieć, że dzięki kaskaderce trafiłeś do filmu, ale to nie do końca prawda, bo przecież kontakt z filmem miałeś już wcześniej.

– Tak, zapisałem się kiedyś do grupy statystującej i od czasu do czasu brałem sobie różne rólki i epizodziki. Zagrałem w kilku fajnych scenach, również jako statysta i epizodysta. M.in. w głośnym filmie „80 milionów”. Jako mały chłopak widziałem ojca, który wracał obolały do domu, pobity przez milicjantów. Tym razem mogłem wejść w jego skórę i zobaczyć, jak wyglądały starcia z ZOMO. Scena bitwa na moście Grunwaldzkim, w której uczestniczyłem, przejdzie chyba do historii kina. Kosztowała ogromne pieniądze, a ja jestem zaszczycony, że brałem w niej udział. Nie obyło się bez kontuzji, woda z armatek wodnych ma ogromną siłę i kiedy dostałem w plecy strumieniem, przeleciałem nad koszem na śmieci i wpadłem pod tramwaj. Nie mogłem się wygramolić, miałem podbite oko, ale warto było. Podczas nagrywania innej sceny jechałem w ciężarówce z grupą aresztowanych. Wjechaliśmy na dziedziniec aresztu śledczego przy ulicy Łąkowej. Gdy z hukiem otworzyły się drzwi więźniarek, rzucili się na nas milicjanci. Wrzeszcząc, szarpiąc i kopiąc, wyrzucali nas z samochodów i ustawiali pod ścianą. Leżąc na ziemi, zobaczyłem, że kobieta, która patrzy, jak dostaję kolejne razy od przebranego za zomowca kolegi, rozpłakała się. Później się okazało się, że w latach 80. właśnie tutaj ją przywieziono i tak traktowano. Było mi bardzo żal tej kobiety, ale jednocześnie naszła mnie myśl, że to fajnie, iż nasza praca wygląda tak autentycznie. O to przecież chodzi w tym wszystkim.

Zanim zostałem kaskaderem, zagrałem w pięciu filmach i kilku serialach. W „Pierwszej miłości” grałem faceta o ksywie Bonanza, mieszkańca Wadlewa, wioskowego wiraszkę i kowboja. A zaczęło się bardzo niewinnie. Czasami gdzieś jeździłem samochodem, szedłem do sklepu po wino. Jak to statysta. Przydomek Bonanza przylgnął do mojej postaci dopiero po scenie meczu piłkarskiego – grałem w koszulce z napisem „Bonanza”. Odtąd Bonanza co chwilę pojawiał się w „Pierwszej miłości”. Raz nawet pojechał ciągnikiem. Rekwizytor załatwił go w wiosce, ale czas nas gonił, a rolnik poszedł w pole. No to poszedłem po kombajn i wjechałem na plan. Gdy reżyser pytał z podziwem: „Lechu, to potrafisz jeździć ciągnikiem?”, odparłem, że „Kaskader potrafi wszystko”. I tak dostałem ten epizod. Grałem też w serialu „Głęboka woda”. W jednej ze scen jestem w grupie Anonimowych Alkoholików, w drugiej prowadzę nielegalne walki psów.

Wszystkie te epizody rekompensują Ci chyba trudy kaskaderskie, które są mimo wszystko niewdzięczne. Przecież nikt, z wyjątkiem wąskiego kręgu zainteresowanych, nie wie, że to ty wykonałeś dany skok, albo że paliłeś się w danej scenie.

– Tak to już jest, że kaskader robi robotę, a aktor zbiera laury. Chociaż zdarza się, że aktorzy proszą producentów o możliwość odegrania jakiejś niebezpiecznej sceny samemu. Takiej sytuacji doświadczyłem na planie filmu „Od pełni do pełni”, kiedy to Andrzej Nejman, skądinąd mój przyjaciel od wielu już lat, zadecydował, że sam będzie skakał do Odry. To była późna jesień, woda miała temperaturę około 6 stopni Celsjusza. Sześciokrotnie skakał ze statku do rzeki. Może nie były to skomplikowany numer, ale wymagał poświęcenia i odwagi. A my tylko go zabezpieczaliśmy. Tak samo było ze sceną na linie, kiedy wisiał z Kasią Glinką. Andrzej poprosił tylko, żebym to ja trzymał linę na drugim końcu, bo miał do mnie zaufanie. Zażartował, że jak ktoś ma go puścić, to niech to będę ja (śmiech). Ale mówiąc zupełnie poważnie, to w takich scenach zawsze coś może się wydarzyć. Dlatego produkcja nie zawsze się zgadza na to by aktorzy radzili sobie bez kaskaderów. Nawet najmniejszy uraz może wykluczyć gwiazdę filmu czy serialu na wiele tygodni, a to wiąże się z przerwaniem zdjęć i poważnymi kosztami.

Kaskadera w razie czego łatwiej zastąpić innym?

– Na pewno, chociaż nikt nie podchodzi to tego w tych kategoriach. Pilnujemy się jak możemy. Mamy taką niepisaną zasadę, że trzeciego dubla się nie robi, to może oznaczać jakieś nieszczęście. To trochę taki zabobon, ale każdy kaskader gdzieś tam podświadomie broni się przed tym trzecim dublem.

Ostatnio głośno było o scenach, które we Wrocławiu kręcił Steven Spielberg. Nie korzystał z usług wrocławskich kaskaderów?

– Nic mi o tym nie wiadomo, do mnie nie dzwonił. Ale prawdopodobniej nie było takiej potrzeby, bo to mógł być film w którym pomoc kaskaderów nie była najzwyczajniej potrzebna. W serialu „Pierwsza miłość” też nie potrzeba kaskaderów. Czasami się to zdarza (śmiech).

Na koniec powiedz jeszcze jak w międzyczasie zostałeś gwiazdą rocka? Zespół Kilersi, w którym grasz na klawiszach, cieszy się przecież ogólnopolską sławą.

– To nie było tak w międzyczasie, bo gram w tym zespole już prawie 15 lat. Moi koledzy założyli ten zespół w 2000 roku i zaproponowali mi współpracę. To miała być przede wszystkim dobra zabawa. Chcieliśmy sobie pograć i graliśmy szlagiery znanych zespołów heavymetalowych. Z czasem zaczął nam jednak doskwierać brak własnych tekstów. A że żaden z nas nie potrafił ich pisać, więc postanowiliśmy sięgnąć po klasykę poezji dla najmłodszych. Tak powstało wiele rockowych piosenek dla dzieci z tekstami Jana Brzechwy czy Juliana Tuwima. Wydaliśmy pięć płyt i mamy swoją rzeszę słuchaczy. Wyglądamy jak słynna grupa Kiss, a gramy dla dzieci. Kilka lat temu wygraliśmy nawet Yach Festiwal, festiwal polskich wideoklipów. W kategorii piosenka dziecięca mieliśmy za konkurencję Majkę Jeżowską i Arkę Noego.

Można być rockmanem i jednocześnie prowadzić higieniczny tryb życia?

– Można, a ja mam o tyle łatwiej, że nigdy nie paliłem. A alkohol spożywam w rozsądnych ilościach, tak jak każdy, przy czym nie lubię piwa, nie piję go w ogóle. I nie mogę powiedzieć, żebym prowadził jakoś wyjątkowo zdrowy tryb życia. Mam kolegów kulturystów i widzę, jak oni ważą i mierzą każdy kolejny posiłek, to jestem dla nich pełen podziwu. Ja bym nie miał tyle samozaparcia.

Rozmawiał

ŁUKASZ

HARAŹNY


źródło: brak danych


Proste pytanie: 7 + 0 =


E-Wydanie:
KUP PDF
Koszt SMS
2 zł netto
(2,46 zł z VAT)
Najbliższe wydarzenia
brak informacji
Livebox - Relacje na żywo
Brak planowanych Relacji Live, zobacz archiwum.