Wiara czyni cuda
Jest niczym wino – im starszy, tym lepszy. Niewielu wie, że jeden z najbardziej rozpoznawalnych i lubianych polskich siatkarzy wywodzi się z… Dolnego Śląska! Rodowity wałbrzyszanin Krzysztof Ignaczak w przerwie pomiędzy ligowymi rozgrywkami a zbliżającym się azjatyckim Pucharem Świata opowiada m.in. o swoich piłkarskich początkach, spełnionych marzeniach oraz radach dla młodych siatkarzy.
Mało brakowało a podstawowy libero reprezentacji Polski oraz jeden z najlepszych w swoich fachu na świecie w ogóle nie zostałby siatkarzem. Podobno były ciągoty do stania na bramce podczas podwórkowych gierek piłkarskich…
KRZYSZTOF IGNACZAK: – Stałem na bramce, bo byłem… najsłabszy w ataku (śmiech). Na tej pozycji dobrze sobie radziłem ale nie wiązałem z tym jakieś wielkiej przyszłości.
Instynkt do bronienia piłek pozostał jednak do dziś.
– Coś w tym jest, ale tak naprawdę to moja przygoda sportowa nie została od razu ukierunkowana na siatkówkę. Chodziłem do IV LO o profilu sportowym. Stawiano tam na lekką atletykę, pływanie oraz wiele innych dyscyplin. Z perspektywy czasu uważam, że dzięki temu nabrałem wielu, powiedzmy, wszechstronności w obecnym życiu. Dodatkowo była też koszykówka. Wujek był bardzo dobrym graczem. Występował w latach siedemdziesiątych w Rzeszowie. Tradycje sportowe w rodzinie były więc silnie zakorzenione. Wiadomym było, że ja również swoje życie zwiąże ze sportem.
