Zbierali na złamanie karku
Koszykarze PGE Turowa Zgorzelec nie zdołali wywalczyć pierwszego w historii klubu złotego medalu mistrzostw Polski. W decydującym meczu „czarno-zieloni” walczyli do upadłego, ale ostatecznie przegrali na wyjeździe 71:76 z faworyzowaną drużyną Asseco Prokomu Gdynia. W ekipie z Dolnego Śląska panują mieszane odczucia.
Konia z rzędem temu, kto stawiał, że PGE Turów w wielkim finale postawi siedmiokrotnemu mistrzowi Polski z Gdyni tak twarde warunki. Zresztą sami trenerzy: Jacek Winnicki, Marcin Grygowicz i Edward Żak mieli za zadanie wprowadzić zespół do czołowej czwórki tabeli. Nikt nie mówił głośno o czymś więcej. – Ten zespół powinien być budowany stopniowo. Mimo to uważam, że już w pierwszym roku powinien o coś powalczyć – deklarował jeszcze przed sezonem prezes klubu Jan Michalski. Powalczył, i to jak.
Zespół, który został dobrany idealnie pod względem mentalnym, po wyeliminowaniu w ćwierćfinałowej batalii PBG Basketu Poznań mógł sobie śmiało odpuścić. Wcześniej rozjechać się po domach, a potem na zasłużone wakacje. Słysząc, jaka atmosfera panuje w szatni zgorzeleckiej drużyny po wygranych meczach, było to niemożliwe. – Coś takiego nie przyszło nam nawet do głowy. Dla nas liczył się każdy kolejny mecz, a każde kolejne zwycięstwo nas nakręcało – powiedział środkowy PGE Turowa Robert Tomaszek. „Czarno-zieloni” tak się nakręcili, że rozegrali maksimum 19 spotkań w fazie play-off. W decydującej o złocie batalii prowadzili z bardziej doświadczonym przeciwnikiem już 3:2. Ostatecznie kluczową serię przegrali 3:4 i sięgnęli po srebrny medal. To świetny wynik, ale w Zgorzelcu wciąż zdają sobie sprawę, jak wielką mieli szansę na tytuł. Jeszcze na minutę przed końcem ostatniego spotkania przegrywali tylko 68:71. Kluczowy rzut z dystansu spudłował jednak David Jackson.
Można zaryzykować stwierdzenie, że o niepowodzeniu Dolnoślązaków zadecydowały detale. – Jestem bardzo dumny z postawy drużyny. W drugiej kwarcie decydującego meczu traciliśmy do przeciwnika 20 punktów. Zdołaliśmy odrobić straty, dlatego Prokom musiał się bać o wynik. W końcówce o naszym niepowodzeniu zadecydowały dwie zbiórki. To złamało nam kark. Nie wykorzystaliśmy szansy. Srebrny medal jest piękny. Jeśli jednak ma się taką szansę, aby zdobyć złoto w swojej hali, to srebrny za bardzo nie smakuje – powiedział środkowy PGE Turowa Robert Tomaszek.
Smutku nie krył także skrzydłowy Michał Gabiński. – Spodziewaliśmy się, że jadąc do Gdyni nie będzie nam łatwo. Byliśmy pewni, iż otoczenie, że tak to nazwę, nam nie pomoże. Szkoda, że na 50 sekund do końca nie trafiliśmy kluczowego rzutu. Później Prokom zebrał dwie piłki w ataku. To zdecydowało o końcowym wyniku.
Srebro to nic nowego dla wychowanka klubu Bartosza Bochno, dla którego drugie miejsce było już czwartym w dotychczasowej karierze. – Jesteśmy szczęśliwi ze srebra. Nieszczęśliwi jednak także dlatego, że to nie złoto, które było blisko. Gdybyśmy przegrali serię w stosunku 2:4 czy 1:4, to byśmy tego nie odczuwali tak, jak po siedmiu spotkaniach, tym bardziej po takiej walce. Dla nas był to jednak bardzo udany sezon – przyznał Bochno.
ASSECO PROKOM GDYNIA – PGE TURÓW ZGORZELEC 76:71 (24:9, 14:17, 12:15, 26:30)
ASSECO PROKOM: Burrel 12 (1), Ewing 11 (2), Eldridge 10, Szubarga 9 (2), Varda 8, Widenow 8 (1), Hrycaniuk 6, Szczotka 5, Woods 5 (1), Frasunkiewicz 2.
PGE TURÓW: Kickert 18 (2), Jackson 17 (1), Wysocki 12, Thomas 9 (1), Gabiński 6, Kuebler 5, Bochno 3 (1), Tomaszek 1, Brkić 0,
Wynik rywalizacji (do czterech zwycięstw): 4:3 dla Asseco Prokomu.
LICZBA SEZONU
41 tyle spotkań, z czego aż 19 w fazie play-off, rozegrali w sezonie 2010/2011 koszykarze PGE Turowa Zgorzelec
GRZEGORZ BEREZIUK
